środa, 7 stycznia 2015

U Świętej Rodziny we Wrocławiu

Ostatnie dni spędziłem we Wrocławiu. Pojechałem tam na zaproszenie moich polsko-irlandzkich przyjaciół, Barta i Tary. Zamieszkałem w ich przytulnym, very warm and cosy mieszkanku na granicy między dawnym Bischofswalde i Zimpel (dziś to dzielnice Biskupin i Sępolno). Wybaczcie mi, że często stosuję dawne nazwy na terenach, które po 1945 otrzymały nowych mieszkańców i nową toponomastykę. Lubię autentyczność i wielbię nazwy historyczne, a akurat dzisiejsze polskie nazwy na całym obszarze tzw. Ziem Odzyskanych to powojenne "chrzty", które często nie mają wiele wspólnego z prawdziwą historią tych pięknych i wartościowych historycznie ziem. A więc Zimpel i Bischofswalde... Wybaczcie.

W poniedziałek obejrzałem z Bartkiem kolejny raz Hobbita: Bitwę Pięciu Armii (Multikino w Arkadach, 48 klatek/s; jeszcze większe zadowolenie i czysta radość z oglądania filmu, który po prostu mi się podoba! Nie jako ekranizacja książki ale jako adaptacja), a w święto Objawienia Pańskiego, 6 stycznia, byłem na pięknym spacerze na nadodrzańskich wałach i w parku Szczytnickim (Scheitniger Park). A samo święto świętowałem w pobliżu domu, w którym mieszkają Tara i Bart. I tu zaczyna się kolejny wpis do mojej Liber Miraculorum. Same zbiegi okoliczności, które zebrane razem tworzą jeszcze jeden cud, wrażenie, że moją rzeczywistość dotyka Bóg. 

Wyszedłem z domu w mroźny wieczór, dziesięć minut przed godziną 18.00. Już od początku mi się podobało, że przypadło mi w tym dniu iść do kościoła pod wezwaniem Świętej Rodziny (cud numer jeden). Gdy wspominamy Magów ze Wschodu, którzy idą złożyć hołd Mesjaszowi i poznają Świętą Rodzinę, ja idę do Świętej Rodziny. No super! Zbliżam się do kościoła i nagle okolica zaczyna wydawać mi się bardzo znajoma (cud numer dwa). Pojawiają się w wyobraźni twarze znajomych, których dawno nie widziałem (cud numer trzy)... O co chodzi? 

Był rok 1995. We Wrocławiu odbywało się Europejskie Spotkanie Młodych organizowane przez moją kochaną Wspólnotę z Taizé. Przydzielono mnie wtedy z kolegą do mieszkania młodego małżeństwa i najwyraźniej było to właśnie w Sępolnie! Poznaję ten kościół! Ten właśnie kościół był naszą "bazą" podczas Europejskiego Spotkania. Dużo piękna tu przeżyłem. Do dziś słyszę moc tych kanonów i tego śpiewu... Wspaniały prezent na Epifanię! A po powrocie miałem ciekawą rozmowę z Bartem o Kościele i wierze i to uważam za cud numer cztery (był jeszcze cudzik piąty, gdy o mało nie wywaliłem się na lodzie, ale w ostatniej chwili złapałem balans).

Rozmawialiśmy o tym, co oznaczają kościelne zakazy i nakazy, i jeszcze raz przekonałem się jak ważne jest to, co nazwałem niedawno Przesunięciem [semtantycznym]. Jakże inaczej brzmi dla ucha dzisiejszego człowieka to:
"Kościół nakazuje dziś iść na Mszę pod karą grzechu ciężkiego"
i to:
"Kościół mówi, że jesteśmy rodziną Boga. On jest naszym Ojcem i Matką. Jeżeli nie idziemy w Jego święto na Mszę, to tak, jakbyśmy zlekceważyli zaproszenie na uroczystość naszych rodzonych rodziców - a to przecież nas od nich odrywa, osłabia więź". 
Jeżeli odrywamy się od Boga, osłabiamy z Nim więź, to ostatecznie zbliżamy się do Wielkiego Odrzucenia Boga, które po śmierci jest cierpieniem Piekła, światem samotności i najgłębszej depresji, którego nie sposób sobie wyobrazić... Stąd pojęcie grzechu ciężkiego.

Takie to cuda wydarzyły się w noc Magów.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza