piątek, 23 września 2016

Jest idealnie...

«Nie musi być perfekcyjnie, żeby było idealnie.»

Podoba mi się to hasło z reklam IKEI. Jak myślicie, jakiemu kierunkowi filozofii jest najbliższe?

czwartek, 22 września 2016

"Pożegnalny toast"

[tekst mojego przemówienia, które wygłosiłem w katowickim kinie IMAX przy okazji premiery 3. części filmowego Hobbita]

Nai eleni siluvar lúmenn' yomenielvo!
Nazywam się Ryszard „Galadhorn” Derdziński i jestem Hobbitem.
Mili Goście! Szanowni Elfowie i Śmiertelnicy oraz przedstawiciele wszystkich Wolnych Plemion! Mam tu na myśli szczególnie Hobbitów – którzy wciąż jeszcze mieszkają po tej, i po tamtej stronie Rzeki.
Mam nadzieję, że wszyscy będziemy się tu dziś dobrze bawić. Nie będę was nudził długo! A wezwaliśmy was wszystkich tutaj nie bez przyczyny! Są nawet trzy przyczyny!

Po pierwsze, chcę wam oświadczyć, że bardzo was wszystkich lubimy i że te kilkanaście lat, gdy na ekranach naszych kin zagościły filmy o Śródziemiu, to okres zbyt krótki, żeby się nacieszyć życiem w towarzystwie tak znakomitych i miłych Elfów, Ludzi, Hobbitów... Ani połowy z was nie znamy do połowy tak dobrze, jak byśmy pragnęli; a mniej niż połowę z was lubimy o połowę mniej, niż zasługujecie.
Po drugie, wezwaliśmy Was tutaj, żeby uczcić premierę ostatniej części filmowego Hobbita. Ta ostatnia część, to ostatnie pożegnanie, nosi tytuł Bitwa Pięciu Armii. Zaśpiewa nam o tym naszym pożegnaniu hobbit z Południowej Ćwiartki Shire'u, Billy Boyd (ale to dopiero na sam koniec filmu!). A ja, żeby podsumować te czternaście wspólnych lat na drogach Śródziemia, pod gwiazdami Vardy Elentári Tintallë, chcę zacytować wiersz znakomitego Hobbita, bez którego nie byłoby nas tu dzisiaj – Johna Ronalda Reuela Tolkiena. Pięćdziesiąt sześć lat temu, w Rotterdamie, na spotkaniu z niderlandzkimi hobbitami powiedział on:
Ai! yúquëan loar anduinenen undu-siriër
ar ullúmë cuilenyassë entuluvar nin ëarello.
Ai! loar yassen palantirala cennen yéni-andë vanwë
írë ambë i aldar lehta-lostaner yanda-noriessë.
Ai! sí ilya queluva súlinen
ringa-hondë istarion.
Co w naszym pospolitym języku znaczy:
«Dwadzieścia lat odpłynęło w dół długiej rzeki
I nigdy za mojego życia nie wrócą one do mnie z morza.
Ach, lata w których, patrząc w dal widziałem wieki dawno minione,
gdy wciąż drzewa swobodnie zakwitały w przestronnej krainie.
Niestety teraz wszystko zaczyna blednąć razem z tchnieniem
czarodziejów o zimnych sercach.»
Spoglądam na Wschód, Zachód, Północ i Południe. I nie widzę już nigdzie żadnego Saurona. Ale widzę, że Saruman ma wielu następców. A my, Hobbici, nie mamy przeciw nim żadnej magicznej broni. Ale, drodzy Mości-Hobbici, krzyknijmy: „Niech żyją Hobbici!” Obyśmy przetrwali rządy Sarumanów i oby wiosna zakwitła znowu w koronach drzew...

Świat wokół nas wcale nie jest spokojniejszy niż 14 lat temu, gdy – z obecnym tu hobbitem Tomem Gooldem i naszymi Przyjaciółmi jechaliśmy na premierę Drużyny Pierścienia do Ostrawy (bo tam film wchodził na ekrany 2 tygodnie wcześniej – u nas, w kraju Easterlingów, zawsze mamy najpóźniejsze premiery... Choć dzięki Kinu IMAX w Katowicach, my – Wybrańcy – możemy ten film obejrzeć dużo wcześniej od zwykłych hobbitów ze Wschodnich Rubieży). Nigdy nie zapomnę drżenia serca, gdy zapewnialiśmy, zapewnialiśmy solennie naszych tolkienowskich turystów, że w Ostawie na pewno nie będzie czeskiego dubbingu, a potem – gdy film się rozpoczął słowami Galadrieli, które wcale nie były w języku angielskim (a w elfickim sindarinie) – nasi znajomi z gromkim „O nieeee!” zlękli się, że to właśnie ów niechciany czeski dubbing...

Dziś, jeżeli pozwolicie mi wspominać stare dzieje, mamy szczególną rocznicę. Właśnie w gronie tolkienistów czytamy znowu Władcę Pierścieni – ale tym razem w sposób niezwyczajny. Bo czytamy dzień po dniu, zgodnie z kalendarzem hobbitów... I właśnie dzisiaj, 18 grudnia, gdy w Shire jest 25 dzień miesiąca Foreyule, w roku 3018 Trzeciej Ery Drużyna Pierścienia wyruszała z Rivendell na południe, aby przez Przełęcz Caradhras przedostać się na Wschód – i dalej, do Mordoru... Ważna rocznica! Inna ważna rocznica nadejdzie 3 stycznia! Obchodzimy wtedy 122. urodziny Johna Ronalda Reuela Tolkiena. Zapraszamy – korzystając z okazji – wszystkich was na Urodzinowy Toast do gospody „Pod Rudym Goblinem” w Katowicach na Wita Stwosza 5. Będą tolkienowskie wykłady i w końcu sam toast „Za Profesora!”.

Po trzecie i ostatnie pragnę złożyć Wam pewne oświadczenie. Z żalem oznajmiam, że chociaż, jak już powiedziałem, czternaście lat to za mało, by się waszym towarzystwem nacieszyć, dziś nadszedł kres. Kończy się era filmowego Śródziemia. A zaczyna ponownie era miłośników ksiąg. Filmy będziemy oglądać na maratonach filmowych – czy to w kinach, czy w naszych hobbickich norkach – ale za to może odkryjemy ponownie głębię, piękno, harmonię, czar literatury, którą pozostawił nam w swojej spuściźnie Tolkien?

Pożegnam się z wami słowami samego Elronda, który dziś właśnie – to znaczy dziś przed tysiącami mitycznych lat – życzy dobrej drogi Drużynie Pierścienia:

Ála tira acca haiya! Mal si a vanya as márë órelyar! Namárië, ar nai aistalë Eldar ar Atani ar ilyë Léralieron hilya le! Eleni sílar antalyannar!

»Nie patrzcie zbyt daleko przed siebie! Ruszajcie z otuchą w sercach! Bywajcie zdrowi, niech błogosławieństwo elfów, ludzi i wszystkich Wolnych Plemion będzie wciąż z wami. Oby gwiazdy świeciły wam w twarze!«
Wiosną 2015, od 17 do 24 kwietnia, planujemy Literacką Wyprawę do Anglii Śladami J.R.R. Tolkiena. Wszelkie informacje znajdują się na stronach naszego serwisu informacyjnego – ELENDILION.PL

Zapraszamy wszystkich chętnych, bo jeszcze są miejsca!

Miłego oglądania, miłego recenzowania! I samego dobra w zbliżające się święta Bożego Narodzenia oraz samych błogosławieństw w Nowym Roku.



Mára mesta an ni véla tye ento, ya rato nea!

środa, 21 września 2016

Ja jako tłumacz ;-)

Około 1995 zostałem zaproszony do niezwykłego dzieła i niezwykłego zespołu - do uzupełnienia o opuszczone teksty i fragmenty tekstów Władcy Pierścieni w "kanonicznym" przekładzie p. Marii Skibniewskiej. Moim zadaniem był przekład Dodatków D i E (to m.in. dlatego dziś specjalizuję się w sprawach językowych i kalendarzowych dotyczących Śródziemia). Wspaniałe wydawnictwo Muza ciągle mi o tym przypomina. Jestem beneficjentem dawnych form umowy i mam dożywotnie tantiemy. Jest to bardzo miłe.
 
Dziękuję za wszystkie te okazję, gdy mogłem sprawdzić się w roli tłumacza i konsultanta. Na swoim koncie mam też Klucz do Tolkiena Michaela W. Perry'ego (Muza), Dodatki A-F oraz Indeks do Władcy Pierścieni wydawnictwa Amber (to chyba moja największa duma, bo też ogrom pracy!), Hobbit w malarstwie i grafice J.R.R. Tolkiena (Amber), konsultację kilku książek okołofilmowych i dużo tekstów Tolkiena, które znajdują się w Biblioteczce Niezapominki.

A przy okazji polecam się wszelkim Wydawcom i Redaktorom!

wtorek, 20 września 2016

32/52: Zbigniew Gołąb, O pochodzeniu Słowian
w świetle faktów językowych

To bez wątpienia jedna z najciekawszych moich książek w roku 2016. Wydawnictwo Universitas znam od lat, a jedna z ich lingwistycznych książek (Babik, Najstarsza warstwa nazewnicza na ziemiach polskich) to też jedna z najczęściej zdejmowanych z półki książek w moim domu. Dlaczego do tej pory nie wpadłem na pracę prof. Zbigniewa Gołąba, O pochodzeniu Słowian? Pełna ignorancja i 100 punktów karnych, Reikhardusie!

To praca dla miłośników słowiańskich starożytności, którzy już coś niecoś wiedzą na temat ewolucji języków, procesów fonetycznych, etymologii i historii. Książka celowo nie porusza kwestii archeologicznych (choć są tu pewne chwalebne niekonsekwencje), za to kreśli w fascynujący sposób kulturę duchową Prasłowian oraz opisuje środowisko, w jakim żyli, sięgając do korzeni słów i pojęć.

Dobrą analizą tej książki jest recenzja Wojciecha Jóźwiaka (Zbigniew Gołąb, czyli co dalej z prehistorią Słowian). Ja tylko streszczę to, co dla mnie w tej książce jest najcenniejsze oraz to, z czym nie mogę się zgodzić. Według prof. Gołąba rozpad wspólnoty praindoeuropejskiej (którą lokuje on na terenach południowej, nadkaspijskiej i nadczarnomorskiej Rosji i Ukrainy) nastąpił między 3000 i 2500 r. przed Chr. Na obszarach porzecza górnego Donu miałaby wtedy zaistnieć wspólnota bałtosłowiańska (składająca się z Presłowian i Prebałtów), która rozdziela się przed 1000 r. przed Chr. - dopiero od tego momentu można mówić o Prasłowianach, którzy z naddońskich terenów zawędrowali dalej na zachód wzdłuż botanicznej strefy mieszanej. Według Gołąba takimi Prasłowianami są wspomniani przez Herodota Neurowie (wg Gołąba są to słow. *Nervi) oraz Budynowie (*Bydь). Moim zdaniem to bardzo wątpliwe utożsamienie (dziś większość historyków te plemiona utożsamia raczej z Bałtosłowianami albo Bałtami), tak samo jak wywody profesora na temat "niewątpliwej słowiańskości" nazw rzecznych Odry, Bugu i Wisły (sic!) - tu Gołąb ucieka się do sprytnej metody: gdy brakuje słowiańskiego materiału na potwierdzenie słowiańskości nazwy, wtedy wymyśla się prawdopodobne słowiańskie słowo. W tym wypadku Gołąb twierdzi, że mogło istnieć słowo *vistlo, *vistla (jak wiosło, masło), które oznaczało 'wolno płynącą, zatęchłą, porośniętą wodorostami wodę' (jeżeli tak byłoby w istocie, to może przedsłowiańską nazwą Wisły był Erydan? - to tajemnicza antyczna nazwa jakiejś dużej rzeki w Barbaricum). Gołąb uważa, że Słowianie musieli znajdować się na ziemiach dzisiejszej Polski już przed okresem wpływów rzymskich. Mieli tu przybyć ze swojego Urheimatu na środkowym Naddnieprzu i Wołyniu (gdzie rozluźnił się ich związek z Bałtami) po albo wraz z inwazją Scytów ok. 700 r. przed Chr. Ich droga miałaby omijać strefy przykarpacką i przybałtycką.

Byliby zatem mieszkańcami Bursztynowego Szlaku i to tutaj z jednej strony wchłonęli italski substrat kentumowych Wenetów (utożsamianych z kulturą łużycką), a z drugiej przejęli wiele słów z języka pragermańskiego i wpłynęli na język pragermański. Wtedy też mieliby otrzymać egzogeniczną nazwę Wenetów (którą Gołąb potrafi wysnuć z języka prasłowiańskiego - *venete). A zatem przed początkiem ery chrześcijańskiej Prasłowianie mieliby zajmować bardzo długi pas strefy mieszanej: od górnego Donu (gdzie żyli Presłowianie) przez środkowe Naddnieprze (Babik uważa, że prasłowiańską nazwą Dniepru był... Dunaj - sic!) i Wołyń (gdzie wykrystalizowali się Prasłowianie) po środkowe Powiśle i Odrę górną i środkową (okres przedhistorycznej kolonizacji słowiańskiej). Bardzo odważna teza, która godzi wizję autochtonistyczną z wizją allochtonistyczną. Ale czy tak mogło być naprawdę? U Babika też widzimy możliwość zamieszkiwania przez Słowian ziem polskich w okresie starożytnym, ale Babik na podstawie analizy nazw miejscowych (warto przeczytać jego pracę, żeby przekonać się, że Wisła, Odra, Warta czy Bug nie mogą być nazwami słowiańskimi!) potwierdza możliwość kolonizacji słowiańskiej tylko w Środkowej i Wschodniej Polsce.

Według prof. Gołąba sama endogenna nazwa Słowian ma następującą etymologię:

*Svobĕne // *Slobĕne 'sami swoi' > Slovĕne
 
Mnie bardziej przekonuje teoria prof. Sławskiego, że nazwa Słowian wywodzi się od nazwy rzecznej na Sław-, Słow-, a taką nazwą mogłaby być zapomniana przez Gołąba, archaiczna słowiańska nazwa Dniepru - Sławuta (znana na przykład ze Słowa o wyprawie Igora - pisałem o tym tutaj).

Książka prof. Gołąba jest naprawdę ważnym, wypełnionym setkami ciekawych i odkrywczych analiz etymologicznych dziełem. Ma ciekawe mapy, jest znakomicie opracowana od strony edytorskiej (nie widziałem tu ani jednej literówki). Szkoda tylko, że tak trudno jest ją teraz zdobyć. Na Allegro nie daje rady - pożyczyłem swój egzemplarz z Biblioteki Śląskiej. 

Będę do tej książki jeszcze wiele razy wracał w swoich słowiańsko-wenedzko-germańskich badaniach.

niedziela, 4 września 2016

31/52: Joachim Ceraficki, Wasserpolacken

Ja też jestem Wasserpolakiem. Jestem "potencjalną opcją niemiecką". Jestem Górnoślązakiem, którego przodkowie służyli w niemieckich armiach. Mój dziadek wprawdzie nie służył w Wehrmachcie, ale Kriegsmarine to przecież taka sama "wina". Dlatego cieszę się, że Ośrodek Karta przedstawił na polskim rynku wydawniczym taką książkę jak Wasserpolacken.

Mamy oto barwną relację Polaka, Joachima Cerafickiego ze swojej służby wojennej w armii Hitlera. Ceraficki był młodym człowiekiem z Bydgoszczy, która została w 1939 wcielona do Rzeszy Niemieckiej. Podobnie jak na Górnym Śląsku, mieszkańców tej ziemi zmuszono administracyjnie do wybrania "opcji niemieckiej" w postaci III kategorii DVL ("Niemieckiej Listy Narodowej", tzw. Volksliste). Wiązało się to z obowiązkiem służby w armii niemieckiej. Ceraficki opisuje swoją wojenną tułaczkę jako sposób na ochronienie rodziny przed represjami. Nasi dziadkowie byli swoistymi zakładnikami nowej sytuacji politycznej i narodowościowej. Od ich lojalności i poświęcenia zależał los ich bliskich na Pomorzu, w Zachodniej Wielkopolsce, na Górnym Śląsku... A jednocześnie w naturalny sposób ludzie oswajali się z nową sytuacją, o ile można oswoić się ze śmiercią, okrucieństwem, wojną. 

W książce najciekawszy był dla mnie opis rozkładu państwa polskiego w pierwszych dniach wojny. Interesujący był też opis spotkania ludzi z różnych stron Europy i w armii niemieckiej, i na okupowanych terenach. Nie zawsze była to tylko nieufność i krew. Ceraficki opisuje wiele zdarzeń, które wiele mówią o człowieku, o humanitaryzmie w obliczu śmierci, o miłości ponad podziałami. Barwne są opisy żołnierskich miłostek - widać, że autorowi po latach od wojny miło było wspomnieć piękne dziewczyny i kobiety, które spotkał na Ukrainie, w Niemczech, w okupowanej Polsce.

Polecam, bo warto znać historię. Polecam, żeby nie dać się nabrać na propagandę "dziadka z Wehrmachtu". A jako ilustrację tej tematyki podaję ciekawy film Telewizji Polskiej, Kolumbowie w kolorze feldgrau.


30/52: Dziennik księdza Franza Pawlara

Był taki fajny dzień, pierwszy dzień września, gdy miałem okazję być na rozpoczęciu roku szkolnego pewnej trzecioklasistki, powróciłem po latach do honorowego krwiodawstwa (serdecznie polecam - w Polsce jest o wiele za mało ludzi, którzy regularnie oddają krew i są gotowi oddać swój szpik kostny osobom potrzebującym!), a także odnowiłem swoje członkostwo w Bibliotece Śląskiej. Odwiedziłem naszą najbogatszą, największą i najnowocześniejszą placówkę biblioteczną i wróciłem do domu z czterema wspaniałymi książkami. Będę o nich tutaj teraz się rozpisywał.

Dziennik księdza Franza Pawlara (z bardzo ważnej i ciekawej serii Canon Silesiae) przeczytałem z zainteresowaniem w jeden wieczór. To ważny dla nas, świadomych Górnoślązaków, dokument. Opisuje dramatyczny czas, rozdarcie, niebezpieczeństwa stycznia, lutego, marca i kwietnia 1945 na ziemiach naszego regionu (szczególnie tej jego części, która przed II wojną światową była integralnym fragmentem III Rzeszy). Poznajemy stan ducha ludzi, którzy jako mniej lub bardziej związani byli z niemieckim patriotyzmem, a teraz stają wobec niewyobrażonych wcześniej niebezpieczeństw związanych z nadejściem Armii Czerwonej i polskiej administracji, z szabrem i kradzieżami (dokonywanymi nie przez Sowietów albo jakichś Polacken, tylko przez "prawych" i "porządnych" Górnoślązaków), z egzekucjami, działalnością leśnych oddziałów hitlerowskiego pospolitego ruszenia itd. Ksiądz Pawlar opisuje ten czas bardzo szczegółowo, a czasem wręcz denerwuje swojego czytelnika podszytymi rasową propagandą uwagami (gdy jakiś Rosjanin jest wysoki i jasnowłosy, to jest dla autora godniejszy zaufania od ciemnowłosego i krępego). Taki to był czas i taki stan ducha. Początek tzw. Tragedii Górnośląskiej, która w tej relacji nie zawsze jawi się tylko jako wielka niesprawiedliwość - wbrew autorowi czytelnik może czasem mieć wrażenie, że cierpienia bohaterów tego pamiętnika to sprawiedliwa kara za ich lojalność wobec zbrodniczego reżimu, za korzystanie z niewolniczej pracy jeńców i więźniów, za wojnę i cierpienia narodów słowiańskich i Żydów. 

Ale to książka o nas, o naszej historii. Każdy Górnoślązak powinien być świadomy, w jaki sposób jego przodkowie uczestniczyli w historii III Rzeszy i tej najtragiczniejszej z wojen... Nigdy więcej wojny!


29/52: Przemysław Urbańczyk, Mieszko Pierwszy Tajemniczy

Sporo słyszałem już o tej książce. Czas ją zdobyć i poznać. Pewnego letniego dnia dotarła do mnie z rąk listonosza (po małych perypetiach związanych z tym, że wcześniej byłem w Norwegii i paczuszka wróciła do wielkopolskiego antykwariatu). Samego Przemysława Urbańczyka znałem już z jego wypowiedzi w różnych, poświęconych historii i archeologii, audycji radiowych (bardzo lubię słuchać archiwalnych audycji Polskiego Radia - wystarczy wpisać do radiowej wyszukiwarki "Słowianie", "Mieszko", "Germanie", "Tolkien" i zaczyna się duchowa uczta!). Więc gdy w moich rękach ukazał się ten dość gruby tom (prawie 500 stronic, bogaty materiał ilustracyjny), to bardzo się ucieszyłem.

Książka jest interesującym przeglądem różnych teorii dotyczących tych jakże ciemnych okresów w dziejach naszej ziemi, jakimi jest kolonizacja słowiańska, okres plemienny i początki państwa polskiego. Urbańczyk rozprawia się mocno z teoriami, które widzą na polskich ziemiach tzw. "państwa plemienne" (np. tak zwane Państwo Wiślan) i promuje swoją teorię, która widzi w Mieszku potomka... Świętopełka II Wielkomorawskiego. A zatem import kultury i organizacji z upadłych pod nawałą madziarską Wielkich Moraw, a nie dokonanie miejscowych, nadnoteckich i nadwarciańskich elit słowiańskich. W sumie modna teraz teoria - bo pojawia się pod postacią różnych teorii najazdów (Piastowie mieliby być potomkami wikingów, Sarmatów, watażków połabskich itd.). A jednak ma podstawową słabość, którą Urbańczyk próbuje moim zdaniem nieprzekonująco obejść - jak wnuk albo syn chrześcijańskiego władcy Wielkich Moraw stał się nagle poganinem z siedmioma żonami, który około 966 przyjmuje chrzest?

Poza wielkomorawską teorią znajdujemy w książce mnóstwo pasjonujących obserwacji, śmiałych tez i ciekawych informacji z warsztatu pracy archeologa. Nigdy jeszcze nie czytałem tak ciekawej analizy źródeł anglosaksońskich i arabsko-żydowskich dotyczących Mieszka. Bardzo się ucieszyłem z akapitów poświęconych rozwikłaniu zagadki imienia Mieszka (bardzo pasuje mi teoria prof. Bańkowskiego, który widzi tu słowo mьžьka, które oznacza kogoś z przymkniętymi oczyma - Mieszko miał się urodzić jako niewidome dziecko, które z czasem odzyskało wzrok). Utwierdziłem się w czasie lektury tej książki w swojej obserwacji (z lektury Thietmara), że Mieszko w źródłach jest kimś w rodzaju wschodnioniemieckiego wielmoży, który próbuje lawirować między lojalnością wobec cesarza, a niezależnością. Bardzo ciekawe były dla mnie rozdziały poświęcone chrystianizacji ziem dzisiejszej Polski (tak naprawdę prawdziwym chrystianizatorem był dopiero Bolesław), architekturze wczesnopiastowskiej, mieszkowej polityce, a także zagadkom pierwotnego pochówku Mieszka, Bolesława i biskupa Jordana. Urbańczyk przekonał mnie, że Mieszko z Bolesławem i Dobrawą pochowany został w kaplicy przy poznańskim palatium, a w katedrze znajdował się pierwotnie grobowiec Jordana, który być może miał być w planach Mieszka i Bolesława pierwszym polskim świętym. Dużo też dowiedziałem się z tej książki o znaczeniu porfiru w pochówkach cesarskich i królewskich. 

Książkę ze wszech miar polecam, choć teorię wielkomorawską raczej odrzucam.