sobota, 10 stycznia 2015

2/52
J.R.R. Tolkien, Drużyna Pierścienia

Na blogu jest maKultura, a ja biorę w tym roku udział w akcji "52 książki w 2015". Wprawdzie czytam w ciągu roku więcej książek, ale zobowiązałem się, że w tym roku do każdej z przeczytanych w ramach akcji, od 1/52 do 52/52 napiszę choć krótką recenzję. 

Jak tu napisać recenzję Drużyny Pierścienia? Właśnie kończę czytanie tego tomu Władcy Pierścieni w ramach czytania tej książki dzień po dniu (zobaczcie jakie są zasady takiej metody czytania - tutaj). Po raz pierwszy przeczytałem Drużynę mając jakieś 14 lat (czyli ok. 1988 r.). Potem był Powrót Króla, bo długo nie umiałem zdobyć Dwóch Wież (które ostatecznie zwędziłem z biblioteki - jeden z wstydliwych momentów w moim tolkniętym życiu). Teraz cieszę się na lekturę tej ostatniej książki, bo czytałem ją od deski do deski chyba tylko raz, lata temu. A więc czytałem i czytam epos Tolkiena dzień po dniu, idąc za wskazówkami Profesora, jeżeli chodzi o przeliczanie dni (dziś mamy 10 stycznia, co jest odpowiednikiem 16 Afteryule'a, "zagodnika" od Yule, czyli Zimowych Godów). Dopiero co wyszliśmy wczoraj z Morii, a dziś cały dzień z opaskami na oczach wędrujemy przez Lothórien. Wspaniała to metoda lektury, bo pozwala odczuć na własnej skórze i długotrwałą wędrówkę, i czas spędzony w miejscach, w których hobbici zawitali na dłużej. Gdy w przełęczy Caradhrasu panowała nieznośna śnieżyca, która uniemożliwiła Drużynie dalszą wędrówkę tą drogą, za oknem panowała burza śnieżna w Sosnowcu! Można przemedytować piękne opisy przyrody Śródziemia, zobaczyć to samo słońce i podobne niebo, jak to nad Śródziemiem. Można zastanowić się dłużej (niekiedy przez cały dzień) nad jakimś szczególnym zdaniem wygłoszonym przez Elronda, Gandalfa, Aragorna, Froda, czy choćby Sama, niby "półmędrka" (jak mówi jego imię Sam-wise 'Pół-mędrek'), a tak naprawdę swoistego "mędrca", który posługuje się mądrością ludu i prostym językiem.

W czasie tej wędrówki z bohaterami w szczególny sposób przeżyłem pobyt w Domu Iarwaina Ben-adara (znanego hobbitom jako Tom Bombadil), w Rivendell i w Lórien. Po obejrzeniu filmów, w gorączce związanej z premierę trzeciej odsłony holywoodzkiego Hobbita, ten czas spędzony w cichych, pełnych piękna krainach Elfów, był prawdziwym oczyszczeniem. Mogę teraz powiedzieć zgodnie z prawdą, że byłem 64 dni w Imladris i 32 dni w Lórien. I ujrzałem te miejsca zupełnie inaczej niż zapamiętałem je z pierwszej lektury, a szczególnie z filmów Petera Jacksona. Są one w jakiś nieuchwytny sposób święte, wypełnione światłem i ciszą. Doskonałe miejsca duchowego wytchnienia. Samotne wyspy w świecie, który pogrąża się w cieniu śmierci. Czytając o Rivendell, sięgnąłem do Księgi Zaginionych Opowieści Tolkiena, żeby przypomnieć sobie opisy Mar Vanwa Tyaliéva 'Domu Minionej Radości'. To jest to! Jednak bardzo inaczej niż w filmowym Rivendell, w którym brakuje "pustki", ciszy, medytacji, a panuje swoisty horror vacui. To samo z Lothlórien, którego puszcza, siedziby, mieszkańcy uczą nas, jak ważna jest prostota, skromne życie, ubóstwo z wyboru.

Czytanie Drużyny Pierścieni było dla mnie czasem przypomnienia sobie o podstawowych wartościach najważniejszego dzieła Tolkiena, które można praktykować też we własnym życiu (coś nie coś o tym pisałem na blogu tutaj). On sam pisał tak o odbiorze jego literatury:
»(...) zamierzony przeze mnie ton, chłodny i czysty, powinien tchnąć naszą atmosferą (klimatem i głębią północnego zachodu) (...) I odznaczać się (...) delikatnym, ulotnym pięknem (...) Powinien być «wysoki» pozbawiony prostactwa i odpowiedni dla dojrzalszego umysłu, pochodzącego z kraju od dawna zanurzonego w poezji. (...)«
(fragment Listów - czy ktoś przypomni mi, co to za list?)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza