wtorek, 14 stycznia 2014

Tolkien o płci biologicznej i kulturowej

43. Z listu do Michaela Tolkiena 6-8 marca 1941

[Na temat małżeństwa i stosunków między płciami.]

Stosunki mężczyzny z kobietami mogą być wyłącznie fizyczne (oczywiście w rzeczywistości to niemożliwe: mam jednak na myśli to, że może on nie chcieć brać pod uwagę innych spraw, działając na wielką szkodę własnej oraz kobiecej duszy (i ciała); albo "przyjacielskie"; albo on może być "kochankiem" (zbierając wszystkie swoje uczucia i siły umysłu oraz ciała w jedno złożone uczucie potężnie zabarwione i napędzane "seksem"). To jest upadły świat. Zaburzenie instynktu płciowego jest jednym z głównych objawów Upadku. Świat od wieków "schodzi na psy". Różne formy społeczne zmieniają się i każdy nowy sposób postępowania ma swoje zagrożenia: lecz "twardy duch lubieżności" chodzi po każdej ulicy i siedzi, łypiąc spod oka, w każdym domu od czasu upadku Adama. Zostawimy na boku "niemoralne" skutki. Nie pragniesz dać się w nie wciągnąć. Do zaparcia się nie masz powołania. Z zatem "przyjaźń"? W tym upadłym świecie "przyjaźń", która powinna być możliwa między wszystkimi istotami ludzkimi, między mężczyzną i kobietą jest właściwie niemożliwa. Diabeł ma nieograniczoną pomysłowość, a płeć jest jego ulubionym tematem. Równie zręcznie potrafi złapać człowieka poprzez szczodre, romantyczne czy też czułe motywy, jak też podlejsze czy bardziej zwierzęce. Taką "przyjaźń" usiłowano często nawiązać: prawie zawsze zawodzi jedna lub druga strona. Możliwa może być w późniejszym okresie życia, kiedy opada fala seksu. Może się zdarzyć między świętymi. Zwykłym ludziom przytrafia się bardzo rzadko: dwa umysły naprawdę pokrewne sobie myślowo i duchowo mogą przypadkiem mieścić się w męskim i żeńskim ciele, a jednak pragnąć i osiągnąć "przyjaźń" zupełnie niezależnie od seksu. Nie można jednak na to liczyć. Partnerka lub partner zawiedzie go (lub ją) prawie na pewno, "zakochując się". Młody mężczyzna tak naprawdę jednak (z reguły) nie pragnie "przyjaźni", nawet jeśli mówi, że tak jest. Jest mnóstwo młodych mężczyzn (z reguły). On pragnie miłości: niewinnej, a jednak może nieodpowiedzialnej. "Niestety! Że też miłość jest grzechem!", jak powiada Chaucer. Zatem jeśli jest chrześcijaninem i zdaje sobie sprawę, że istnieje coś takiego, jak grzech, to chce wiedzieć, co ma na to poradzić.

W naszej zachodniej kulturze romantyczna rycerska tradycja jest wciąż silna, chociaż jako produkt chrześcijaństwa (lecz w żadnym razie nie równoznaczna z chrześcijańską etyką) przeżywa trudne czasy. Idealizuje ona "miłość" - i może to być dobre, ponieważ uwzględnia o wiele więcej niż fizyczną przyjemność i zachęca jeśli nie do czystości, to przynajmniej do wierności, wyrzeczeń, "służby", uprzejmości, honoru i odwagi. Jej słabością jest oczywiście to, że zaczęła się jako sztuczna dworska zabawa, sposob na cieszenie się miłością dla niej samej bez odwoływania się do małżeństwa (a w rzeczywistości będąc z nim w sprzeczności). Jej ośrodkiem był nie Bóg, lecz wymyślone Bóstwa, Miłość i Pani. Wciąż ma tendencję do robienia z Pani czegoś w rodzaju gwiazdy przewodniej lub bożyszcza - jak w dawnym powiedzeniu "jego bożyszcze" = kobieta, którą kocha - celu lub powodu szlachetnego postępowania. To, oczywiście, jest fałszywe, a w najlepszym wypadku udawane. Kobieta także jest upadłą istotą ludzką z zagrożoną duszą. W połączeniu jednak i w harmonii z religią (jak było dawniej, co owocowało pięknym oddaniem Matce Boskiej, co było boskim sposobem na uszlachetnienie naszych grubiańskich, męskich charakterów i emocji, a także na rozgrzanie i ubarwienie naszej twardej, gorzkiej religii) może to być bardzo szlachetne. Wtedy otrzymujemy to, co chyba wciąż jest uznawane, nawet przez osoby zachowujące choćby resztki wiary chrześcijanskiej, za najwyższy ideał miłości między mężczyzną i kobietą. Mimo wszystko wciąż uważam, że kryje ona w sobie niebezpieczeństwa. Nie jest całkowicie prawdziwa i nie jest idealnie "teocentryczna". Odciąga ona wzrok młodzieńców, a przynajmniej odciągała go w przeszłości, od kobiet takich, jakimi są, czyli współrozbitkami w katastrofie morskiej, a nie gwiazdami przewodnimi. (Jednym z rezultatów obserwacji rzeczywistości jest to, że młodzieniec staje się cyniczny.) Sprawia, że zapominają oni o ich pragnieniach, potrzebach i pokusach. Wpaja przesadzone wyobrażenia o "prawdziwej miłości" niczym ogień z zewnątrz, nieustający zachwyt nie związany z wiekiem, rodzeniem dzieci i zwykłym życiem, a także z wolą i zamysłem. (Jednym z tego skutków jest to, że młodzi szukają "miłości", która zawsze będzie ich grzała w zimnym świecie, bez żadnego wysiłku z ich strony; a nieuleczalni romantycy szukają jej nawet w brudzie sądów rozwodowych.)

Kobiety mają w tym wszystkim niewielką rolę, choć mogą się posługiwać językiem romantycznej miłości, ponieważ jest ona tak bardzo związana z naszymi wyrażeniami. Impuls płciowy czyni kobiety (naturalnie wtedy, gdy są nie zepsute i bardziej altruistyczne) bardzo współczującymi i rozumiejącymi lub szczególnie pragnącymi takimi być (albo takimi się wydawać) oraz gotowymi do dzielenia wszystkich zainteresowań, o ile są w stanie, od krawatów po religię, młodzieńca, który je pociąga. Niekoniecznie chcą oszukiwać: czysty instynkt: instynkt służącej, towarzyszki życia, szczodrze rozgrzanej pożądaniem i młodą krwią. Dzięki temu impulsowi potrafią one w rzeczywistości często osiągnąć nadzwyczajną wnikliwość i zrozumienie, nawet spraw zwykle znajdujących się poza ich naturalnymi zainteresowaniami: ich darem jest bowiem przyjmować, być pobudzanymi, zapładnianymi (pod wieloma innymi względami oprócz fizycznego) przez mężczyznę. Wie o tym każdy nauczyciel. Jakże szybko inteligentna kobieta uczy się, chwyta jego pomysły, przyjmuje jego punkt widzenia - i jak (z rzadkimi wyjątkami) nie potrafią pójść dalej, gdy wychodzą spod jego opieki lub gdy przestają interesować się jego osobą. Taka jest jednak ich naturalna droga do miłości. Zanim młoda kobieta spostrzeże się, na czym stoi (i gdy romantyczny młodzieniec, jeśłi istnieje, wciąż wzdycha), może ona się "zakochać". Dla niej, nie zepsutej, naturalnej młodej kobiety, oznacza to, że chce zostać matką dzieci tego młodzienca, nawet jeśli to pragnienie w żaden sposób nie jest dla niej jasne czy wyraźne. wtedy może się stać wiele rzeczy: jeśli sprawy potoczą się źle, mogą być one bardzo bolesne i szkodliwe. Szczególnie, jeśli młodzieniec pragnął tylko tymczasowej gwiazdy przewodniej lub bożyszcza (dopóki nie podczepi się pod jaśniejszą) i jedynie cieszył się pochlebstwami współczucia przyjemnie doprawionego podnietami seksu - oczywiście wszystko to było całkowicie niewinne i jak najdalsze od "uwiedzenia".

Możesz spotkać w życiu (podobnie jak w literaturze*) kobiety płoche lub wręcz rozpustne - nie mówię o zalotności, sparringu przygotowującym do prawdziwej walki, lecz o kobietach zbyt głupich, by brać poważnie nawet miłość, lub tak zdeprawowanych, że cieszą je "podboje" lub nawet zadawanie bólu - lecz są to nieprawidłowości, chociaż mogą je pobudzać fałszywe nauki, złe wychowanie i pełna zepsucia moda. Choć współczesne warunki zmieniły sytuację kobiet i szczegóły tego, co uważa się za stosowność, nie zmieniły one naturalnego instynktu. Mężczyzna ma pracę, karierę (i przyjaciół), które mogą (i zwykle tak się dzieje, jeśli ma on charakter) przeżyć katastrofę "miłości". Młoda kobieta, nawet "ekonomicznie niezależna", jak teraz się mówi (zwykle oznacza to ekonomiczne podporządkowanie pracodawcy zamiast ojcu czy rodzinie), prawie od razu zaczyna myśleć o ślubnej wyprawie i marzyć o domu. Jeśli rzeczywiście się zakocha, katastrofa rzeczywiście może się zakończyć na skałach. Tak czy owak, kobiety są ogólnie o wiele mniej romantyczne i bardziej praktyczne. Nie daj się zwieść faktowi, że są bardziej "sentymentalne" w słowach - swobodniej używają wyrazów, jak "najdroższy" i tak dalej. One nie potrzebują gwiazdy przewodniej. Potrafią wyidealizować zwykłego młodego mężczyznę i stworzyć z niego bohatera; naprawdę jednak nie potrzebują takiego splendoru, by zakochać się lub trwać w miłości. Jeśli mają jakieś złudzenia, to to, że potrafią "reformować" mężczyzn. Z pełną świadomością wezmą kanalię i nawet jeśli zniknie złudzenie, że uda się im go zreformować, będą go dalej kochać. Oczywiście do związków seksualnych podchodzą bardziej realistycznie. Jeśli nie są zapsute złą współczesną modą, z zasady nie "świntuszą"; nie dlatego, że są czystrze niż mężczyźni (a nie są), ale dlatego, że ich to nie bawi. Znałem takie, które to udawały, ale to były pozory. Może być to dla nich intrygujące, interesujące, zajmujące (nawet zbyt zajmujące): jest to jednak całkowicie naturalne, to poważny, oczywisty obiekt zainteresowania; gdzie tu żart?

Oczywiście wciąż muszą być ostrożniejsze w związkach seksualnych, choćby po to, żeby uchronić się od niespodziwanej ciąży. Błędy są szkodliwe fizycznie i społecznie (oraz małżeńsko). Jednak niezepsute kobiety są instynktownie monogamiczne. Mężczyźni nie.... Nie ma co udawać. Mężczyźni po prostu takimi nie są, taką mają zwierzęcą naturę. Monogamia (choć do dawna jest fundamentalna dla naszych odziedziczonych pojęć) dla nas, mężczyzn, jest fragmentem "objawionej" etyki, zgodnej z wiarą, a nie ciałem. Każdy z nas mógłby zdrowo spłodzić, w ciągu naszych ponad trzydziestu lat pełnej męskości, kilkaset dzieci, i to czerpiąc z tego procesu przyjemność. Brigham Young (jak sądzę) był zdrowym i szczęśliwym mężczyzną. To upadły świat i między naszymi ciałami, umysłami i duszami nie ma harmonii.

Jednakże istotą upadłego świata jest to, że tego, co najlepsze, nie można osiągnąć dzięki swobodnemu zażywaniu przyjemności czy też przez tak zwaną "samorealizację" (jest to zwykle ładne określenie na pobłażanie samemu sobie, całkowicie wrogie samorealizacji innych); lecz przez wyrzeczenia, przez cierpienie. Wierność w chrześcijańskim małżeństwie pociąga za sobą wielkie umartwienie ciała. Dla chrześcijanina nie ma ucieczki. Małżeństwo może pomóc uświęcić i ukierunkować na właściwy obiekt jego pragnienia seksualne; jego łaska może mu pomóc w zmaganiach; lecz zmagania pozostają. Nie zadowoli go - tak, jak można zaspokoić głód regularnymi posiłkami. Spiętrzy tyle trudności przed czystością właściwą temu stanowi, ile da jej wytchnienia. Żaden mężczyzna, choćby najszczerzej kochał swoją narzeczoną i pannę młodą w młodości, nie jest jej wierny jako żonie myślą lub ciałem bez świadomego udziału woli, bez samozaparcia. Zbyt nielicznym się o tym mówi - nawet tym, którzy zostali wychowani "w Kościele". Ci spoza niego zdaje się rzadko o tym słyszą. Kiedy znika pozłota albo tylko lekko się ściera, myślą, że popełnili błąd i że wciąż muszą szukać prawdziwie bratniej duszy. Prawdziwa bratnia duża nazbyt często okazuje się być pierwszą pociągającą seksualnie osobą, jaka się nadarzy. Ktoś, kogo mogliby poślubić z wielkim dla siebie pożytkiem, gdyby tylko... Stąd rozwód, żeby dostarczyć owego "gdyby tylko". I oczywiście z zasady mają rację: rzeczywiście popełnili błąd. Jedynie bardzo mądry mężczyzna pod koniec swego życia mógłby wydać trafny osąd co do tego, którą spośród wszystkich możliwych kandydatek powinien był poślubić ku swemu największemu pożytkowi! Prawie wszystkie małżeństwa, nawet te szczęśliwe, są błędami: w tym sensie, że prawie na pewno (w doskonalszym wiecie lub przy nieco większej ostrożności w tym bardzo niedoskonałym) oboje partnerzy mogliby sobie znaleźć odpowiedniejszego towarzysza. Lecz "prawdziwa bratnia dusza" to ta, za którą się wyszło. My prawie nie dokonujemy wyboru: robi to życie i okoliczności (chociaż jeśli istnieje Bóg, muszą to być jego instrumenty lub pozory). Jest powszechnie wiadome, że szczęśliwe małżeństwa to te, gdzie "wybór" młodej osoby był jeszcze bardziej ograniczony przez władzę rodzicielką czy rodzinną, o ile istnieje społeczna etyka zwykłej nieromantycznej odpowiedzialności i wierności małżeńskiej. Lecz nawet w krajach, gdzie romantyczna tradycja na tyle wpłynęła na układy społeczne, że ludzie uwierzyli, iż wybór partnera jest wyłącznie troską młodych, jedynie w niezwykle rzadkich, szczęśliwych przypadkach łączą się ze sobą mężczyzna i kobieta, którzy naprawdę są sobie jakby "przeznaczeni" i zdolni do wielkiej i wspaniałej miłości. Ta możliwość wciąż nas oszałamia, chwyta za gardło: powstało na ten temat mnóstwo wierszy i opowieści, prawdopodobnie więcej niż istniało takich miłości w prawdziwym życiu (a jednak najwspanialsze z tych opowieści nie mówią o szczęśliwym małżeństwie takich wielkich kochanków, lecz o ich tragicznym rozdzieleniu; jakby nawet w tej sferze to, co prawdziwie wielkie i wspaniałe w tym upadłym świecie, było bardziej osiągalne poprzez "zawód" i cierpienie). W takiej wielkiej, nieuniknionej miłości, często w miłości od pierwszego wejrzenia, doznajemy chyba wizji małżeństwa, jakim powinno ono być w nieupadłym świecie. W tym upadłym swiecie naszymi jedynymi przewodnikami są rozwaga, mądrość (rzadka w młodości, zbyt późna w starości), czyste serce i wierność woli.....

Moja własna historia jest tak wyjątkowa, tak niesłuszna i nierozważna prawie pod każdym względem, że trudno mi doradzać rozwagę. Jednak trudne przypadki tworzą złe prawo; a wyjątkowe przypadki nie zawsze są dobrymi przewodnikami dla innych. Na ile może się to przydać, podam Ci nieco faktów z mojej biografii - w tej sytuacji dotyczących głównie zagadnień wieku i finansów.

Zakochałem się w twojej matce w wieku około 18 lat. Dość szczerze, jak zostało wykazane - chociaż oczywiście wady charakteru i usposobienia często sprawiały, że spadałem poniżej ideału, od którego zaczynałem. Twoja matka była starsza ode mnie i nie była katoliczką. Zupełnie niefortunne z punktu widzenia opiekuna [ojca F. Morgana, który opiekował się Ronaldem i jego bratem, przedwczesnymi sierotami - G.]. W pewnym sensie rzeczywiście było to bardzo niefortunne i bardzo dla mnie niedobre. Takie rzeczy są bardzo absorbujące i wyczerpują nerwowo. Byłem bardzo bystrym chłopcem znajdującym się w ferworze pracy zmierzającej do uzyskania (bardzo potrzebnego) stypendium w Oksfordzie. Połączone napięcia niemal spowodowały poważne załamanie. Zawaliłem egzaminy i chociaż (jak po wielu latach powiedział mi dyrektor mojej szkoły) powinienem zdobyć dobre stypendium, z trudem otrzymałem 60 £ w Exeter: wraz ze stypendium tej samej wysokości z okazji ukończenia szkoły wystarczyło mi na przeżycie (z pomocą mojego drogiego, starego opiekuna). Oczywiście były i dobre strony, nie tak łatwo dostrzegalne dla opiekuna. Byłem sprytny, ale nie pilny czy wpatrzony w jeden cel; w znacznej mierze nie powiodło mi się dlatego, że nie pracowałem (przynajmniej nad filologią klasyczną) nie dlatego, że byłem zakochany, ale dlatego, że studiowałem co innego: gocki i różne inne rzeczy. Otrzymawszy romantyczne wychowanie, traktowałem sprawy chłopięco-dziewczęce poważnie i uczyniłem z nich źródło starań. Będąc z usposobienia raczej fizycznym tchórzem, w ciągu dwóch sezonów z pogardzanego patałacha w drugiej drużynie stałem się członkiem drużyny reprezentacyjnej. I takie inne rzeczy. Pojawiły się jednak kłopoty: musiałem wybierać między nieposłuszeństwem i zasmuceniem (lub oszukaniem) opiekuna, który był mi ojcem bardziej niż większość prawdziwych ojców, lecz bez żadnych zobowiązań, a "zarzuceniem" romansu do skonczenia 21 lat. Nie żałuję mojej decyzji, chociaż moja ukochana znosiła ją bardzo ciężko. To jednak nie była moja wina. Była całkowicie wolna i nie związana ze mną słowem i nie powinienem się skarżyć (chyba, żebym stosował nierzeczywisto romantyczny kodeks), gdyby wyszła za kogoś innego. Przez prawie trzy lata nie widziałem się z moją ukochaną ani do niej nie pisałem. Było to nadzwyczaj trudne, bolesne i gorzkie, szczególnie z początku. Rezultaty nie były zbyt dobre: wróciłem do szaleństw i lenistwa i zmarnowałem sporą część pierwszego w Kolegium. Nie sądzę jednak, żeby cokolwiek innego uzasadniło małżeństwo na podstawie chłopięcej miłości; a prawdopodobnie nic innego nie umocniłoby woli na tyle, by nadać takiemu romansowi (choćby i najprawdziwszemu przypadkowi szczerej miłości) trwałość. W noc moich 21 urodzin napisałem do Twojej matki - 3 stycznia 1913 r. 8 stycznia wróciłem do niej, zaręczyłem się i poinformowałem zaskoczoną rodzinę. Zakasałem rękawy i przyłożyłem się do pracy (za późno, by uratować od klęski Hon. Mods.**) - a w następnym roku wybuchła wojna, kiedy jeszcze miałem przed sobą rok w kolegium. W tamtych czasach mężczyźni zaciągali się do wojska, bo inaczej otaczała ich powszechna pogarda. Była to paskudna sytuacja, szczególnie dla młodego człowieka o zbyt dużej wyobraźni i małej odwadze fizycznej. Żadnego stopnia: żadnych pieniędzy: narzeczona. Wytrzymałem potwarze i coraz wyraźniejsze aluzje krewnych, zostałem i w 1915 złożyłem pierwszy z egzaminów końcowych. Prysnąłem do armii: lipiec 1915. Sytuacja stała się nie do zniesienia i 22 marca 1916 r. ożeniłem się. W maju przepłynąłem Kanał (wciąż mam wiersz, ktory napisałem z tej okazji!) i udałem się na rzeź nad Sommą.

Pomyśl o swojej matce! A jednak teraz ani przez chwilę nie mam uczucia, że robiła więcej, niż można ją było prosić - co wcale nie umniejsza jej zasług. Byłem młodzieńcem ze skromnym stopniem naukowym, lubiącym pisać wiersze, z kilkoma mizernymi funtami rocznego dochodu (20-40). i bez żadnych perspektyw: podporucznik z płacą 7 szylingów 6 pensów dziennie w piechocie, gdzie szanse przeżycia (jako młodszego oficera) były bardzo małe. Wyszła za mnie w roku 1916, a John urodził się w 1917 (poczęty i donoszony podczas roku głodu i wielkiej kampanii U-bootów) mniej więcej w czasie bitwy pod Cambrai, kiedy koniec wojny wydawał się tak odległy, jak teraz. Sprzedałem, co mogłem, a pieniądze wydałem na prywatną klinikę, resztkę moich nielicznych południowoafrykańskich akcji, "moją ojcowiznę".

* Literatura była (aż do czasów współczesnej powieści) dziedziną głównie męską i wiele mówi się w niej o "pięknych i fałszywych". To w gruncie rzeczy oszczerstwo. Kobiety są ludźmi, a więc mogą być perfidne. Lecz w ramach rodziny ludzkiej, zestawione z mężczyznami nie są z zasady czy z natury perfidniejsze od nich. Wręcz przeciwnie. Tylko że kobiety mogą się załamać, jeśli poprosi się je, by "czekały" na mężczyznę zbyt długo, kiedy młodość (tak cenna i konieczna dla przyszłej matki) szybko przemija. Właściwie nie powinno się ich prosić, by czekały.

** Honour Moderations, pierwszy z dwóch egzaminów na stopień naukowy (przyp. tłum.)
Z mroku mojego życia, tak bardzo zawiłego, stawiam przed Tobą jedną wielką rzecz, którą trzeba kochać na ziemi: Najświętszy Sakrament..... Tam znajdziesz romantyzm, chwałę, honor, wierność, prawdziwą ścieżkę wszystkich swoich miłości na świecie i coś więcej: Śmierć: dzięki boskiemu paradoksowi tę, która kończy życie i żąda oddania wszystkiego, a jednak dzięki smakowi (lub przedsmakowi) której można utrzymać to, czego poszukujesz w ziemskich związkach (miłość, wierność, radość) lub nadać mu ten charakter rzeczywistości, wiecznej trwałości, której każdy człowiek pragnie z głębi duszy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz