czwartek, 14 stycznia 2016

1/2016
Magdalena Rittenhouse, Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero

Dzieciątko mi przyniosło. Pod choinkę. Rękoma ukochanej. To moja pierwsza lektura roku 2016. Bo wchodzę znowu w pożyteczną konkurencję, która polega na tym, że chce się przeczytać przez rok pięćdziesiąt dwie książki. Tyle książek, ile jest tygodni w roku.


Książka nosi tytuł Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero, a autorką jest Magdalena Rittenhouse (więcej o książce na stronach Wydawnictwa Czarne). Taka lektura to nie przypadek, bo dopiero co wróciłem z niezwykłej wycieczki do Stanów, która obejmowała prawie trzy dni w Nowym Jorku, dwa dni w Filadelfii i krótszy czas w Waszyngtonie oraz Atlantic City. Moje fotorelacje z tej podróży znajdują się tutaj:

A Day in Manhattan

Muszę zrestartować komputer. Recenzja książki pojawi się wkrótce...

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Wyborca

Czytam książki wydawnictwa Czarne i "Kontynenty" Agory, słucham programów ekonomicznych i kulturalnych w Tok FM, Trójce i Dwójce, lubię Twardocha i Le Guin, mam trenerkę personalną, mam kilku znajomych o homoseksualnej orientacji, piję koktajle z jarmużu i jem mało mięsa, jeżdżę na rowerze i rolkach, podróżuję zawodowo i dla przyjemności, czytam 52 książki rocznie, daję na WOŚP, mam górnośląską tożsamość etniczną, mieszkam w największej konurbacji w Europie Środkowej, interesuję się duchowością Wschodu, mam elfickie imię, znam trochę gocki, staroangielski i staroislandzki, a edukację zakończyłem na studiach doktoranckich...

- jestem wyborcą Prawa i Sprawiedliwości. ;-)

sobota, 2 stycznia 2016

Piąty rok z capoeirą

O mojej przygodzie z capoeirą pisałem już tutaj. A teraz galeria archiwalnych zdjęć. W 2016 kontynuuję treningi w nowej grupie Aruê (patrz tutaj).








Twoja Trenerka Personalna w 2016!

Fot. Elżbieta Musialik
 
Natalia jest moją trenerką od prawie pięciu lat. To ona pomagała mi stawiać pierwsze kroki w capoeirze. To ona nie pozwalała na wątpliwości i rezygnację. Dziś jest moją trenerką personalną. Współpracujemy na siłowni od początku lata '15. Inspirująca dziewczyna, która świetnie motywuje, która umie przeprowadzić urozmaicony trening. Są efekty. W roku 2016 będę kontynuował tę współpracę. Polecam taki trening i Tobie.

Tutaj znajdziesz więcej informacji na temat treningów z Natalią "Focą" Panek. Do zobaczenia na siłowni!


52/52 - mission completed!

Ostatnia w tegorocznym zestawieniu. Książka, która zmusiła mnie do przewertowania słowników, atlasów, opracowań. Książka która jednocześnie bardzo mnie zaciekawiła, ale też nie jeden raz zirytowała. Autor wziął na swoje barki wielkie zadanie. Ale brakło mu w wielu miejscach warsztatu i wiedzy. Mowa o Mieczach Wikingów Andrzeja Zielińskiego (Oficyna Wydawnicza RYTM, Warszawa 2014).

Główna teza? Że Normanowie odegrali ważną rolę w początkach monarchii piastowskiej. Autor, który nie jest zawodowym historykiem a politologiem, mówi jeszcze bardziej radykalnie: Mieszko to Wiking o imieniu Dagon. A to znana już z wieku XIX teza o normańskim pochodzeniu Piastów. Odrzucana dziś przez większość historyków, ale zyskująca sobie znowu popularność dzięki temu, że Wikingowie są dziś na topie. Książka jest dobra dla początkujących badaczy spraw Północy, ale na pewno nie zaspokoi ciekawości i nie wyczerpuje tematu.  

Dwa pierwsze rozdziały to zarys dziejów i ogólny opis kultury germańskich Normanów. W rozdziale trzecim autor zastanawia się nad tym, co działo się na ziemiach dzisiejszej Polski w czasach ekspansji Wikingów. Nawiązuje do ciekawego tematu zamieszkania na ziemiach nadwiślańskich i nadodrzańskich przez Germanów w czasach antycznych, pisze o utożsamianiu Polaków z Wandalami, opisuje teorie dotyczące pochodzenia Słowian. W kolejnych rozdziałach stara się poprzeć teorię o skandynawskim pochodzeniu Mieszka (w tej teorii Mieszko = słowiański Miszka 'miś' = skandynawski Bjorn 'niedźwiedź'). Autor za często używa słowa "na pewno", a za rzadko "być może". Nie informuje czytelnika o alternatywnych (i mocniejszych) teoriach, cytując kroniki wybiera tylko takie tłumaczenia i wersje rękopisów, które wspierają teorię normańską. Pojawiają się fikcyjne (przekazane pewnie w innych opracowaniach) cytaty ze źródeł średniowiecznych ("[Czcibor] nosił się jak woj normandzki" - nie ma takiego zdania w żadnej kronice. Sam Czcibor jako Cidebur pojawia się tylko w kronice Thietmara z Merseburga - nie ma tam mowy o żadnym stroju Wikinga! Skąd więc taki cytat? Autor niestety nie podaje źródła... Takich przykładów jest więcej). Autor najwyraźniej nie wie, czym są Eddy (skoro twierdzi, że w Eddzie Starszej znajduje się Saga o Jomsborczykach - sic!). Andrzej Zieliński na siłę próbuje uzgodnić ze swoją teorią dane genetyczne (według niego właściwie wszyscy Polacy z haplotypem r1a1 to potomkowie Wikingów - sic!) i onomastyczne (według autora wszelkie polskie nazwy miejscowe z Rus czyli Rusze, Rusiny, Ruskibory, Ruskie Doły itd. to miejsca osiedlenia Wikingów/Waręgów/Rusów, a taka Szwedzka Mogiła to nie pamiątka po Potopie Szwedzkim z XVII w. ale na pewno kolejny ślad po szwedzkich Normanach). Ślady po Normanach w Polsce są - głównie mówi nam o nich archeologia i tylko trochę nazewnictwo miejscowe (np. miejscowości typu Warężyno, Warężyn, bo Waręga to polska forma nazwy ruskiej Wariag 'Normanin') - ale metodą Andrzeja Zielińskiego można temu faktowi tylko zaszkodzić.

Książka zwróciła jednak moją uwagę na szczególnie ciekawą możliwość bliższego pokrewieństwa między Polanami znad Dniepru - na ich terenie rozwijała się Ruś Kijowska i Polanami znad Warty. Nasi Polanie - plemię, które dało nazwę Polsce ("pol(ań)ska ziemia") pojawiają się w źródłach dokładnie wtedy, gdy zanikają Polanie na Rusi... I ogólnie cieszę się, że ją przeczytałem, bo musiałem powtórzyć sobie to wszystko, co wiem o kontaktach polskich Słowian ze światem Wikingów. Ale... Szkoda, że autor nie skonsultował się np. z Przemysłem Urbańczykiem albo Jerzym Strzelczykiem - wybitnymi mediewistami i znawcami tematyki germańskiej na ziemiach polskich.

Dość ładnie wydana, ilustrowana. Można przeczytać, ale nie wolno się wtedy tylko na niej zatrzymać.

Wojna z ubogim

"Nigdy nie prowadź wojny z ubogim krajem, ponieważ niezależnie od jej wyników, zawsze stracisz"

Gore Vidal, Stworzenie świata, str. 562

Monoteizm na celu...

Vidal w Stworzeniu świata dyskretnie zwalcza monoteizm. Ustawia go sobie jednak jako łatwego przeciwnika. W książce monoteizm reprezentowany jest przez wczesny zaratustrianizm (mazdaizm) wyznawany z początku gorliwie, potem mniej przez narratora, Cyrusa Spitamę. W jednym miejscu mówi się, że wyznawanie jedynego, wszechmocnego Boga musi za sobą pociągnąć wszelkie zło i zbrodnię. W zasadzie tylko konfucjanizm Mistrza K'unga broni się przed większą krytyką. Jednak Vidal ustawił sobie łatwego przeciwnika.

Epoka Osiowa, w której umieszcza akcję powieści, to też czas wielkich proroków Izraela - Izajasza, Eliasza i innych. Ciekawe, że w świecie Cyrusa Spitamy nie dochodzą oni w ogóle do głosu. Szczerze mówiąc właśnie tego się spodziewałem w tej książce. Może coś na ten temat znajduje się w czterech fragmentach, które w I wydaniu (na którym oparte jest wydanie polskie) zostały usunięte przez wydawcę (a zostały opublikowane przez Vidala w wydaniach z XXI w.)? 

Jedyny monoteizm w książce to wiara Zaratustry. Wielkie pytania metafizyczne i etyczne, w tym pytanie o źródła zła, nie znajdują u wyznawcy Ahura Mazdy tej odpowiedzi, którą być może umiałby wskazać Eliasz albo inni wielki prorok Jahwe... Jak dyskutować z buddyzmem albo taoizmem, gdy główny bohater wyznaje wiarę w Boga-Który-Został-Stworzony, w boga, który nie jest transcendentny wobec stworzonej rzeczywistości? 

Ale dla Gore Vidala żydowska religia tego czasu jest być może nic nie znacząca, a może wręcz godna pogardy...


51/52 czyli Gore Vidal

Udało mi się skończyć swój plan czytelniczy na 2015. Ostatnie książki, które czytałem to fascynująca powieść Gore Vidala pt. Stworzenie świata (PIW, Warszawa 1988) oraz opracowanie popularnonaukowe Andrzeja Zielińskiego pt. Miecze Wikingów (Rytm, Warszawa 2014). O tej drugiej będzie osobny wpis.

Gore Vidala jako znakomitego pisarza (zaangażowanego nie po mojej stronie, ale mnie zawsze pociągają twórcy z drugiej strony - Vidal był twórcą mocno krytykującym religie monoteistyczne) poznałem lata temu, gdy w domowej biblioteczce znalazłem książkę pt Julian, która była swoistą apoteozą pogańskiego cesarza Rzymu, który demaskował zakłamanie ówczesnego duchowieństwa chrześcijańskiego. Niestety ta książka gdzieś mi zaginęła. Nie namyślałem się długo, gdy w antykwariacie Kocham Książki w Katowicach znalazłem inną książkę Vidala. I ją właśnie skończyłem czytać wraz upływającym rokiem. Sześćset stron, które wciągają w fascynujący świat przełomu VI i V w. przed Chrystusem. Świat widziany z perspektywy perskiej (a nie greckiej, do czego przyzwyczaja nas proces klasycznej edukacji), świat wojen persko-greckich, budowy Persepolis, ale przede wszystkim ta tak zwana Epoka Osiowa (wg definicji Jaspersa), w której od Grecji, przez Palestynę, Iran, Indie i Chiny pojawiają się myśliciele i myśli, które kształtują nasze postrzeganie świata do dziś. Główny bohater książki to wnuk Zaratustry (w wersji Vidala Zaratustra żył w VI w. przed Chr. - dziś wielu historyków idei przesuwa jego życie setki lat wstecz...), który nazywa się Cyrus Spitama. Cyrus - fikcyjny bohater i narrator powieści - przeżył wiele, spotkał też wszystkich najważniejszych ludzi swojej epoki. Począwszy od perskich władców (świetnie opisany jest Dariusz i Kserkses) i przywódców greckich (spoglądamy perskim okiem na czołówkę ateńskich i spartańskich polityków z Peryklesem na czele, a także poznajemy tych Greków, którzy w wojnach peloponeskich walczyli po stronie Persji), a skończywszy - co najważniejsze - na myślicielach Epoki Osiowej, twórcach wielkich szkół filozofii przedsokratejskiej i twórcach wielkich religii: Zaratustrze, Anaksagorasie, Pitagorasie, Gośali, Mahawirze, Buddzie, Konfucjuszu ("Mistrzu K'ungu"), Lao-tsy ("Mistrzu Lao")... Dla czytelnika zaskoczeniem może być już sam fakt, że być może ci wszyscy wielcy ludzie są przedstawicielami tego samego pokolenia - to jest właśnie fenomen Epoki Osiowej, gdy jakaś niezwykła inspiracja (a może Inspiracja) rozpaliła umysły i serca w wielu miejscach w Śródziemiu... tzw. w Eurazji.

Powieść jest stylizowana na wspomnienia Cyrusa Spitamy, które notuje jego sekretarz, a dla nas znany filozof - Demokryt. Jest nie tylko pasjonująca jako opowieść z wyrazistymi bohaterami, ale też jako materiał do rozmyślań. Gore Vidal daje nam wykład na temat religioznawstwa porównawczego, a także podejmuje wątek literacki na temat subiektywności wspomnień, relacji, przekazów. Każda opowieść jest obrazem poglądów opowiadającego. Nie da się napisać w pełni obiektywnej relacji.

Książka, którą mogę polecić wszystkim miłośnikiem dobrej literatury - literatury z sensem.

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Więcej lektur! 31-50/52

Dużo czytam, mało piszę. A mam tyle pomysłów. Jakoś ciężko zabrać mi się za pisanie, bo... Bo ciąży nade mną takie przeświadczenie, że na tym etapie życia mam napisać książkę. I mam mnóstwo pomysłów. I wiem, że jak zacznę pisać, porwie mnie to. I tego się właśnie jakoś obawiam. Ale czytam, czytam... Nie dam rady napisać recenzji wszystkich przeczytanych książek (a przecież do tego się zobowiązałem), ale choć po jednym, dwóch zdaniach, dobrze?

Wygląda na to, że do tegorocznego celu brakuje mi już tylko dwóch pozycji. I wchodzę w akcję 52/2016! A Ty?

31/52: Szczepan Twardoch, Wieloryby i ćmy. Z jednej strony jest to na pewno swoista masturbacja egotyka (większość dobrych artystów to egotycy). Z drugiej książka pozwala lepiej zrozumieć, o co chodzi w takich dziełach jak Wieczny Grunwald albo Drach. A że ze Szczepanem dzielę pochwałę męstwa oraz kocham tak jak on Północ, czytało mi się to dobrze i z ciekawością.

32/52: Andrzej Stasiuk, Wschód. Piękny język, wielka wrażliwość. Stasiuk gra na zapomnianych strunach człowieka, który dzieciństwo spędził w innej epoce, w innych didaskaliach. I dużo można się dowiedzieć o Wschodzie. Tym bardzo bliskim i tym dość dalekim...

33/52: Paulina Niechciał, Mniejszość zaratusztriańska we współczesnym Teheranie. Pasjonująca jest część przedstawiająca prawdziwe wierzenia współczesnych zaratusztrian i ich walkę o uznanie za monoteistów w społeczeństwie islamskiego Iranu. Bardzo ciekawa praca naukowa, którą wypatrzyłem w katowickim Matrasie.

34/52: Zbigniew Kadłubek, Listy z Rzymu. Mądra, inspirująca książka po śląsku i po polsku. Wymaga głębszej recenzji. Zajmę się tym niedługo...

35/52: Michael Cook, Koran. Pożyteczny komentarz do Koranu, który człowiekowi Zachodu wiele wyjaśnia. Jest też część poświęcona sprawom, które nas dziś najbardziej interesują: stosunkowi do praw kobiet oraz dżihadowi. To jest książka neutralna - nie jest ani "politycznie poprawna" ani oskarżycielska.

36/52: The Qur'an. Angielskie tłumaczenie Oxford University Press z przypisami. Nie czytałem od deski do deski (w ten sposób przeczytałem dawno temu polski przekład), ale zajrzałem w wiele kontrowersyjnych miejsc, a także tam, gdzie pisze się o osobach, zwanych Isa i Mariam. Bóg muzułmanów nie jest Bogiem miłości. Jezus muzułmanów nie jest Bogiem, Chrystusem. Maria muzułmanów jest siostrą... Mojżesza...

37/52: William Golding, Spadkobiercy. Golding właśnie tę książkę uważał za najważniejszą. A my cenimy go (i znamy) głównie za świetnego Władcę Much. Dla mnie Władca jednak lepszy, ale to właśnie Spadkobiercy są ciekawi, bo zadają pytania o początek człowieczeństwa i działają na naszą paleontologiczną wyobraźnię. Polecam!

38/52: J.R.R. Tolkien, Beowulf. Dla mnie wydarzenie roku. Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o Beowulfie. Wszystko, co w Beowulfie zainspirowało wątki Władcy Pierścieni (świetna zabawa, żeby te wątki odnaleźć). A do tego mnóstwo informacji o "epoce heroicznej" i cudowne poetyckie tłumaczenie poematu pióra Katarzyny "Elring" Staniewskiej.

39/52: Robert Graves, Córka Homera. Uwielbiam te zabawy klasyczne, historyczne z czytelnikiem, który co nieco wie o starożytności. Kolejna książka Gravesa, która zadaje pytania i inspiruje.

40/52: Randal Munroe, Co by było gdyby. Lubię książki, które popularyzują naukę. Ale trochę się zawiodłem. Niby fajne pytania, niby super rysunki, ale z książki zapamiętałem tylko to, jakie by były konsekwencje zatrzymania się Ziemi.

41/52: Michel Houllebecq, Uległość. Jedna z moich lektur roku! Czyta się szybko, z wypiekami, chętnie się sprawdza i ogląda miejsca w Google Earth. Książka jest znakomitą ilustracją tego, co dzieje się teraz we Francji (zamachy sprzed miesiąca, droga Marine Le Pen po władzę, której nigdy nie dostanie...). 'Uległość' to jedno z tłumaczeń słowa islam.

42/52: C. W. Ceram, The Secret of the Hittites. Klasyczna pozycja na temat niezwykłego indoeuropejskiego ludu Hetytów. Jesteśmy krewniakami, a mało się znamy. Kupiłem w angielskim antykwariacie. Świetna książka sprzed lat. I do tego to nazwisko - Ceram, który jest arcymistrzem ciekawego pisania o archeologii.

43/52: J.R.R. Tolkien, The Art of The Lord of the Rings. Piękna książka. Mnóstwo grafik i inskrypcji Tolkiena, których wcześniej nie znaliśmy. Uczta dla oka, bo książka cudownie wydana (jak jej poprzedniczka - książka o Hobbicie, którą miałem przyjemność tłumaczyć).

44/52: Richard Rohr, Andreas Ebert, Enneagram. Wróciłem do tej książki po latach, gdy rozmawiałem o enneagramie z moją dziewczyną. Jestem Trójką (a konkretnie 3w2). Moim zdaniem świetna metoda opisu swojego charakteru i jednocześnie narzędzie do pracy nad charakterem. Nie widzę tu New Age, co enneagramowi zarzucają dziś neopurytanie.

45/52: Ursula Le Guin, Miejsce początku. To było moje miejsce początku wśród leguinowskich lektur. To książka, która ma wielkie znaczenie w moim związku, ale nie chcę o tym tutaj się rozpisywać... Piękna książka o bezsensie i sensie życia, o znaczeniu fantazji, o samotności i miłości. Lubię wracać do mojego Miejsca początku.

46/52: Ewa Winnicka, Angole. Gorzka lektura. Książka o emigracji. O jej kosztach. Zbiór małych reportaży, żywoty polskich Angoli i prawdziwych Angoli, którzy spotkali Polaków. Dużo się dowiedziałem o charakterze Anglików i charakterze emigrujących Polaków. Świetne są te fragmenty, gdzie pokazane jest zderzenie naszych mentalności. Bardzo polecam!

47/52: Marian Adamus, Tajemnice sag i run. Moja ulubiona lektura w czasach licealnych. Prawie cały czas miałem ją wypożyczoną ze szkolnej biblioteki. A niedawno kupiłem ją za grosze na Allegro. I jestem pierwszym czytelnikiem tego egzemplarza (wiele stron nigdy wcześniej nie było otwieranych - prosto z drukarni, prosto z lat 70.!). Wielki zbiór wiedzy o mitologii skandynawskich Germanów, o sagach, o obyczajowości średniowiecznej na Północy. A do tego pasjonujący wykład o dziejach pisma runicznego, o runicznych szyfrach, o runach naukowych i runach pseudonaukowych, nazistowskich. Bardzo polecam. Ta książka pomaga mi się przygotować na wykłady o runach, które miewam co jakiś czas w muzeach i bibliotekach...

48/52: Barry Cunliffe, Britain Begins. Książka, którą kupiłem w Stonehenge. Wybitne dzieło na temat najdawniejszych mieszkańców Brytanii. Wielkim plusem są niezwykłe mapy, badania genetyczne, piękne zdjęcia stanowisk archeologicznych. Książka, do której się wraca.

49/52: Geoffrey of Monmouth, The History of the Kings of Britain. Geoffrey to taki angielski Kadłubek. Ale też to taki średniowieczny Tolkien. Znakomita kronika, w której więcej zmyśleń niż prawdy. A jednak to właśnie Geoffrey wpływa na wyobraźnię Anglików tak, jak za 500 lat będzie na nią wpływał być może Tolkien (?).

50/52: Bede, The Ecclesiastical History of the English People. Lubię średniowieczne kroniki. U Czcigodnego Bedy znalazłem mnóstwo informacji na temat Anglów, Sasów i ich utarczek z Brytami. Kronika, do której warto wracać. Bezcenna wiedza, która przydaje mi się podczas wycieczek do Anglii.