wtorek, 28 lipca 2015

17/52
Ursula Le Guin, Tehanu

- (...) aby zyskać moc, najpierw trzeba dysponować miejscem, które mogłaby zapełnić - pustką. Im większa byłaby pustka, tym więcej mocy można by uzyskać. (...). Myślę, że znalazłeś się wtedy na drodze, we właściwym miejscu, o właściwiej porze dlatego, że takie rzeczy ci się zdarzają. Ty tego nie sprawiasz, nie jest to kwestia owej "mocy". Stało się tak z powodu owej... pustki.

Po chwili Ged odparł:
- To przypomina nauki, jakie pobierałem kiedyś na Roke. Mistrzowie zawsze twierdzili, że prawdziwa moc polega na tym, żeby czynić tylko to, co niezbędne. Ale ty sięgnęłaś dalej. Nie czynić nic, lecz poddawać się temu, co nas spotyka (...).

 

(Tehanu, str. 240)

Książkę tę ostatni raz czytałem chyba w okolicy mojej matury. A zatem powrót na Wyspę Gont i przeżycie wielkiej zmiany, która następuje w Ziemiomorzu to było dla mnie ciekawe przeżycie: z jednej strony to jest wędrówka w czasie, powrót do atmosfery tamtej pierwszej lektury, a z drugiej strony jest to konfrontacja książki z moimi doświadczeniami i innymi lekturami, które przeżyłem przez ostatnie 25 lat.

Światy Ursuli Le Guin budowane są na fundamencie taoistycznym. Żeby zrozumieć ten model świata, warto przeczytać inną leguinowską książkę - jej szczególne tłumaczenie. Tao Te King czyli Księga Drogi autorstwa Lao-Tsy to właściwie praca napisana na nowo przez amerykańską pisarkę (Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2010). Filozofię (i religię) taoizmu symbolizuje szczególny znak:
W symbolu Jang-Jin każda połówka zawiera część drugiej połówki - oznacza to trwałą współzależność i ciągły przepływ. Cały znak jest statyczny, ale jego połowy zawierają ziarna przemiany. A zatem Jang-Jin to proces, a nie coś stałego. Jang jest męskie, jasne, mocne, aktywne i wnikające, gdy tym czasem Jin jest kobiece, ciemne, mokre, bierne, przyjmujące, zawierające. Jang to kontrola. Jin to akceptacja. Są to wielkie i równe moce; żadna z nich nie może istnieć bez tej drugiej. I każda z nich powoli staje się tą drugą.

Książka Tehanu to opowieść o tym przepływie, o tej zmianie, o tym procesie. Świat wcześniejszej trylogii o Ziemiomorzu zmienia się radykalnie ale stopniowo. Jesteśmy w jednym miejscu - na Wyspie Gont, odkrywamy kobiecą siłę i kobiecą wrażliwość tego świata, przyglądamy się nie wielkim bohaterskim czynom na wyspach Archipelagu, ale bohaterstwu codziennych zdarzeń, czynności domowych, tchnień wiatru na skalistych urwiskach...

Polecam, choć trzeba tę zmianę przyjąć z wyrozumiałością. Bo to już trochę inny świat niż ten opisany w Czarnoksiężniku albo Najdalszym Brzegu.

Niech spełnia się Twoja wola!


Bardzo lubię to tłumaczenie Modlitwy Pańskiej z książki ks. Jana Drozda SDS pt. Ojcze nasz. Modlitwa Pańska (Księgarnia Św. Jacka, Katowice 1983):

Ojcze nasz niebieski! -
Niech będzie uświęcone Twoje imię!
Niech przyjdzie Twoje Królestwo!
Niech spełnia się Twoja wola

jak w niebie, tak na ziemi!

Chleba naszego koniecznego do życia daj nam dzisiaj
i odpuść nam nasze winy,
jak my także odpuściliśmy naszym winowajcom.
I spraw, byśmy nie wchodzili w pokusę,
ale nas wyrwij daleko od Złego. 

A tak być może brzmiała ta modlitwa w rozmowie Jezusa z uczniami (język aramejski w wersji żydowskiej i asyryjskiej):

niedziela, 19 lipca 2015

16/52
Ursula Le Guin, Najdalszy brzeg

 - Śpiewałeś pieśń Elfarran - zagadnął Krogulec - jakbyś znał jej ból, i sprawiłeś, że ja także go poczułem... (Ursula Le Guin, Najdalszy brzeg, Prószyński i Ska, Warszawa 1996, str. 87):

Ursula Le Guin należy do tych mitopeicznych pisarzy, którzy kilkoma słowami, kilkoma oszczędnymi opisami umieją przenieść czytelnika w świat fantazji, w którym czujemy to, co czują bohaterowie. Za to kocham te książki. Dlatego lubię wracać do Ziemiomorza...

Swoje stopy postawiłem na brzegach wysp Ziemiomorza jeszcze w dzieciństwie (mój sąsiad, Wujek Marek opowiedział nam Czarnoksiężnika z Archipelagu podczas wakacji przy ognisku - prawdziwa epika w niezwykłych "okolicznościach przyrody"). Mój zachwyt tym fantastycznym światem trwa tak samo długo jak zachwyt Śródziemiem Tolkiena. Teraz, po latach, wracam do tej niezwykłej narracji, która jest moim zdaniem jedną z najlepszych pozainklingowskich mitopei i subkreacji - czytam kolejne tomy cyklu Ziemiomorze. Jest w tych powieściach - a w Najdalszym brzegu w sposób szczególny - kunszt snucia opowieści, wewnętrznie wiarygodny, logiczny fantastyczny świat, mapy (mapy!), wymyślone języki (które naprawdę zdają się mieć wewnętrzny porządek, reguły i logikę), mocne osobowości, mądre dialogi, filozofia, a przede wszystkim eukatastrofa, czyli dobre, choć smutne, zakończenie po pełnym napięcia, tkwiącym na skraju rozpaczy punkcie przełomowym.

Najdalszy brzeg jak każda dobra fantastyka opowiada o wydarzeniach w świecie fantastycznym w taki sposób, że możemy - zawieszając na czas lektury naszą niewiarę - przeżyć naszą własną kondycję, przetestować naszą własną etykę w innych didaskaliach. I wrócić do naszego świata wzbogaceni, zmienieni, lepsi. W opisach świata, w którym w tajemniczy sposób zachwiana zostaje Równowaga odnalazłem w czasie tej lektury opis świata ludzi na przełomie wieków, na Zachodzie, który traci własną tożsamość i swoją duszę (str. 11)
Przypominali ludzi dotkniętych chorobą, jak ktoś, kto usłyszał, że pozostał mu jeszcze rok życia, i powtarza sobie: To nieprawda, będę żył wiecznie. Krążą wokół swoich domów, nie oglądając się na świat.
Kilka razy bohaterowie dociekają, skąd bierze się w świecie zło (str. 19):
- Czym jest zło? - spytał młodszy mężczyzna.
- Pajęczyną, którą tkamy my, ludzie - odpadł Ged.
Albo to (str. 47):
Tylko jedna istota na świecie potrafi powstrzymać człowieka o złym sercu - inny człowiek. W naszej hańbie kryje się chwała. Tylko nasz duch, zdolny do zadawania zła, może je także pokonać.
Ged uczy Arrena, że człowiek ma karać i nagradzać z wielką trwogą i ostrożnością (str. 80):
Nie rób nic, nawet jeżeli sądzisz, że wyniknie z tego dobro. Czyń tylko to, czego naprawdę nie zdołasz uniknąć.
To jest książka, która z całego dorobku Ursuli Le Guin najbardziej przypomina mi Władcę Pierścieni Tolkiena. Wyraża się to choćby w przepowiedni na temat przyszłego króla Ziemiomorza (str. 25):
Ten, który zasiądzie po mnie na mym tronie, przemierzy wcześniej żyw Mroczną Krainę i dotrze do odległych brzegów dnia.
Żeby zwyciężyło dobro, Równowaga świata, potrzeba ostatecznego poświęcenia, żeby odzyskać pełne życie, trzeba wpierw stracić to, co jest ostatnim tchnieniem. Bohaterowie muszą zmierzyć się z własną śmiercią, muszą przejść przez "ciemną dolinę" swojego świata... Jest zagrożony świat, jest niepozorny, słaby bohater (chłopiec Arren), jest narada Mędrców, jest misja, droga w nieznane, na której czai się wiele niebezpieczeństw. Jest wreszcie zachwianie u końca misji, zwycięstwo, które niesie ze sobą zdrowie, ale też smutek i jest powrót do domu na skrzydłach, których nikt się nie spodziewał.

I mamy też tutaj najlepsze w literaturze opisy smoków... (str. 47):
- Smoki! Smoki to istoty chytre, nienasycone, zdradzieckie, pozbawione litości i współczucia. Ale czy są złe? Kimże jestem, aby osądzać postępki smoków? Mądrością swą przewyższają ludzi. Przypominają nieco sny, Arrenie. My, ludzie, śnimy, władamy magią, czynimy dobro albo zło. Smoki nie śnią; one same są snami. Nie używają magii: z niej powstały, to ich istota. Nie muszą działać; po prostu są. (...) Ich krew jest zimna i trująca. Nie wolno ci spojrzeć im w oczy. Są starsze niż ludzkość... - przez chwilę milczał, po czym dodał: - A jednak, gdybym miał zapomnieć wszystko, czego dokonałem, chciałbym pamiętać choć tyle, że kiedyś oglądałem smoki, szybujące w powietrzu o zachodzie słońca nad wyspami Zachodu; i radowałoby mnie to wspomnienie.
(str. 148-149):
Smok zawisł tuż nad nimi. Od końca do końca potężnych błoniastych skrzydeł, połyskujących w porannym słońcu niczym złocisty dym, mierzył sobie jakieś dziewięćdziesiąt stóp, jego ciało zaś było co najmniej równie długie: szczupłe, wygięte jak u ogara; szponiaste łapy przywodziły na myśl jaszczurkę, a wszystko pokrywała wężowa łuska. Wzdłuż wąskiego kręgosłupa wyrastał szereg ostrych kolców, przypominających kształtem ciernie róży; najwyższe z nich miały trzy stopy, lecz w miarę opadania grzbietu malały gwałtownie, tak że na czubku ogona były nie większe niż ostrza małego noża (...).
A u kresu podróży znajdujemy słowa, które mogą być ważne w naszych własnych rozmyślaniach nad kresem, przemijaniem, znaczeniem śmierci. U Le Guin tak jak u Tolkiena śmierć jest częścią naszego istnienia. Jest swoistym darem, który trzeba nauczyć się przyjąć. Ten, który odrzuca swoją śmiertelność jest jak książkowy antybohater, Cob. Ged mówi do niego, do swojego swoistego alter-ego (str. 206):
- Owszem, istniejesz. Bez imienia, bez postaci. Nie potrafisz dostrzec światła dnia ani mroku nocy. Oddałeś zieloną ziemię, słońce i gwiazdy. Po co? Po to, by umknąć przed śmiercią. I przez to stałeś się nikim. Na twoje ja składało się to, co odrzuciłeś. Oddałeś wszystko w zamian za nic. Teraz zaś pragniesz przyciągnąć do siebie świat, blask i życie, które utraciłeś, aby zapełnić pustkę. Jednakże tego nie da się dokonać. Wszystkie pieśni świata, wszystkie gwiazdy na niebie nie zdołają zapełnić otwartej przez ciebie otchłani (...).
  Cóż mogę dodać? Czytajcie Ursulę Le Guin. Te książki nie pozostawią was obojętnymi!

środa, 24 czerwca 2015

Wydani na pohańbienie...

Mój stosunek do homoseksualizmu i homoseksualistów świetnie wyraża artykuł, który znalazłem na stronie Mateusza Ochmana. Polecam jego lekturę. A teraz Pismo Święte:
«21 Poznali zatem Boga. Nie oddali Mu jednak należnej czci. Nie okazali Mu też wdzięczności jako Bogu. Mnożąc wątpliwości, stali się w końcu niezdolni do poprawnego myślenia. Na bezmyślność ich serc nałożyło się ponadto zaślepienie. 22 Podając się za mądrych, są właściwie głupi. 23 Zastąpili przy tym chwałę nieśmiertelnego Boga podobizną śmiertelnego człowieka, wyobrażeniami ptaków, ssaków oraz płazów. 24 Dlatego Bóg wydał ich na pastwę żądz ich własnych serc. Dalecy od czystości bezczeszczą zatem swoje ciała między sobą — 25 ci właśnie, którzy Bożą prawdę zmienili w fałsz i z nabożną czcią służą stworzeniu zamiast Stwórcy, godnemu chwały na wieki. Amen. 26 Dlatego właśnie Bóg wydał ich na pohańbienie. Ich kobiety zamieniły potrzeby naturalne na nienaturalne. 27 Podobnie mężczyźni, porzucili naturalny pociąg do kobiet i oddali się współżyciu między sobą. Mężczyźni z mężczyznami dopuszczają się bezwstydu i ściągają na siebie samych zapłatę godną ich zboczenia. 28 Poszanowanie Boga przestało być dla nich ważne. Dlatego również Bóg wydał ich na pastwę rozumu, niezdolnego do trafnych ocen, czynią więc to, co nieprzyzwoite — 29 oni, ludzie pełni przeróżnej niesprawiedliwości, zła, chciwości, niegodziwości, zazdrości, chęci mordu, niezgody, podstępu, złośliwości, plotkarstwa, 30 oszczerstwa; ludzie nienawidzący Boga, zuchwali, zarozumiali, promujący samych siebie, wynajdujący zło, nieposłuszni rodzicom, 31 nierozumni, niesumienni, nieczuli, bezlitośni. 32 Ludzie ci poznali słuszny wyrok Boga. Wiedzą, że ci, którzy wspomniane rzeczy czynią, poniosą śmierć. A mimo to, nie tylko sami się ich dopuszczają, pochwalają również tych, którzy postępują podobnie.»
(List do Rzymian, 1,21-32, tłum. Ligii Biblijnej) 

Niezdolni do trafnych ocen. Czyniący to, co nieprzyzwoite i pochwalający tych, którzy postępują podobnie. To, co nienaturalne i bezwstydne, nazwane jest w Biblii zboczeniem - słowo, które stało się bardzo niepoprawne politycznie w dzisiejszym dyskursie.

czwartek, 21 maja 2015

Frodo na Prezydenta!


Mój kandydat na Prezydenta RP. Dziś w debacie w TVN kojarzył mi się z Frodem wkraczającym do Mordoru. Taki Frodo Dudins. I dał radę. Zagłosowałem już 19 maja. Skorzystałem z możliwości głosowania korespondencyjnego. Nie ma kandydatów idealnych, ale pan Duda jest z mojej perspektywy kandydatem bardziej od Komorowskiego ewangelicznym, bardziej makulturalnym, energicznym oraz walecznym jak capoeirista. I do tego bardzo ceni sobie Władcę Pierścieni Tolkiena (informacja z pewnej ankiety rozesłanej do kandydatów)!

Jeżeli mogę zwrócić się z prośbą do moich Czytelników i Gości, którzy jeszcze nie zdecydowali o tym, na kogo zagłosują (albo czy w ogóle zagłosują) 24 maja, to proszę o głos dla Andrzeja Dudy. Frodo na Prezydenta!

niedziela, 26 kwietnia 2015

Byliśmy w Tavrobel, nad Sirionem i Taiglinem

Shugborough Hall pod Great Haywood, czyli Dom o Stu Kominach
W czasie naszej niedawnej Literackiej Wyprawie do Anglii Śladami Tolkiena (patrz tutaj, a także pod tagiem #wyprawatolkienowska) odwiedziliśmy też Great Haywood w hrabstwie Stafford, miejscowość, którą wczesna forma Silmarillionu Tolkiena, czyli Księga Zaginionych Opowieści, identyfikuje z Tavrobel (albo Tathrobel). Great Haywood, ta niepozorna, a pięknie położona wioska, zapisała się w biografii Tolkiena w sposób szczególny. To tam Ronald Tolkien stacjonował przed wyruszeniem nad Sommę w czasie I wojny światowej, a Edith Tolkien zamieszkała tam po ślubie z Tolkienem, czyli po 1916. Tolkien znalazł się znowu w Great Haywood zimą 1916/1917, po swoim powrocie z Francji. Leczył tam skutki gorączki okopowej. Prawdopodobnie Dom Gilfanona, Dom o Stu Kominach z Księgi Zaginionych Opowieści został zainspirowany przez pałac Shugborough Hall pod Great Haywood, a Most Tavrobel to najpewniej Essex Bridge, który przebiega nad rzeką Trent około 100 m od miejsca, w którym Trent łączy się z rzeką Sow. Z kolei Wrzosowisko Sklepienia Niebios (ang. Heath of the Sky-roof) - miejsce bitwy między Ludźmi - ma wiele wspólnego z Hopton Heath, polem bitewnym z 1643. Samo położenie Tavrobel u zbiegu rzek Afros i Gruir (a w dojrzałym Silmarillionie rzek Taiglinu i Sirionu w Lesie Brethil) przypomina położenie Great Haywood u zbiegu Trent i Sow.

Tu łączy się Trent i Sow - tu łączy się Afros i Gruir (Taiglin i Sirion)
Bardzo wyczerpujący opis Tavrobel i opis związków tej elfickiej miejscowości z Great Haywood znajdziecie w encyklopedii internetowej Tolkien Gateway (tutaj). Za to w Parma Eldalamberon nr 13 (2001) na str. 94 oprócz opisu Tavrobel znajdziemy herb tej miejscowości, który został narysowany przez Tolkiena w czasie jego pobytu w tych okolicach podczas Wielkiej Wojny. Oto sam herb, który chętnie porównuję tutaj z wykonanym przeze mnie zdjęciem Essex Bridge. Zadziwiające podobieństwo!


Essex Bridge czyli most Tram Nybol w Tavrobel (a na nim nasza Drużyna)


Tram Nybol czyli Essex Bridge ("Parma Eldalamberon" nr 13, str. 94)

sobota, 25 kwietnia 2015

Galadhorn vlogerem?

Zapraszam Was do obejrzenia mojego debiutu w świecie vlogosfery. A tak naprawdę mam tu dla Was materiał nagrany na konferencję tolkienowską, która odbyła się z okazji otwarcia wystawy tolkienaliów w Bibliotece Śląskiej w Katowicach (filmik miał swoją premierę 23 kwietnia 2015). Materiał nagrał Piotr Cholewa ze Śląskiego Klubu Fantastyki, a ja nie umiem jeszcze obrabiać takich filmów. Ale będzie lepiej...

sobota, 11 kwietnia 2015

Zwierzę jako pomost do świata przyrody
albo jako bożek...

Kalinka, która służyła nam, była członkiem naszego domowego stada
przez kilkanaście lat. Kochany zwierzęcy przyjaciel
Jestem "psiarzem", który został w tym życiu obdarzony dwoma psami: foksterierem Dingo, który jako szczeniak śmiertelnie zachorował na nosówkę, i sznaucerką Kalinką, którą pamięta na pewno wielu moich przyjaciół - była członkiem naszego domowego stada przez blisko 15 lat. Dziś, gdy w dobie facebookowej "kotomanii", która czasem śmieszy, czasem irytuje, natykam się na te oto słowa mądrego C. S. Lewisa (czytam bowiem, jako moją 16/52, książkę Cztery miłości) o naszej relacji ze zwierzętami. A może być ona zbawienna albo żałosna...

«Niewątpliwie zwierzęta należące do wyższych gatunków i oswojone tworzą rodzaj „pomostu” między nami a resztą przyrody. Wszyscy odczuwamy czasem, i raczej boleśnie, nasze wyobcowanie ze świata przyrody – atrofię instynktu wynikającą z inteligencji, zbyt ostrą świadomość samego siebie, nieskończone powikłania sytuacji życiowych, niemożność istnienia w teraźniejszości. Ach, gdybyśmy mogli się tego wszystkiego pozbyć! Nie powinniśmy – i poza tym – nie możemy stać się zwierzętami. Ale możemy obcować ze zwierzętami. Jest ono na tyle osobowe, by nadać znaczenie słowu obcować, a jednocześnie pozostaje w znacznej mierze nieświadomym sobie kłębuszkiem biologicznych impulsów. Tkwi trzema nogami w świecie przyrody, a jedną w naszym. Jest łącznikiem, ambasadorem; któż by nie chciał według słów Bosanqueta, mieć swego przedstawiciela na dworze bożka Pana”. Człowiek z psem wypełnia lukę istniejącą we wszechświecie. 

Ale zwierzęta bywają oczywiście często wykorzystywane w gorszy sposób. Jeśli pragniesz być potrzebnym, a twoja rodzina, całkiem słusznie, nie jest skłonna potrzebować ciebie, najprostszą namiastką będzie zwierzątko-faworyt. Możesz dokonać tego, że będzie ciebie potrzebowało przez całe życie. Możesz je utrzymywać w stanie stałego infantylizmu, doprowadzić do trwałego inwalidztwa, odciąć je od wszystkiego, co stanowi prawdziwie dobre samopoczucie zwierząt i jako kompensatę stworzyć mu potrzeby niezliczonych drobnych zachcianek, którym tylko ty potrafisz dogodzić. W ten sposób nieszczęsne stworzenie staje się niezmiernie pożyteczne dla reszty domowników: jesteś tak zajęty marnowaniem życia psa, że nie masz już czasu marnować ich życia. Pies się lepiej do tego nadaje niż kot, a mówiono mi, że najlepiej małpa. Jest przy tym podobniejsza do prawdziwego obiektu uczuć. Wszystko to jest bardzo niefortunne dla zwierzęcia. Prawdopodobnie nie rozumie ono w pełni, jaką mu wyrządziłeś krzywdę. A co więcej, gdyby nawet rozumiało, nic byś o tym nie wiedział. Najbardziej sponiewierany człowiek może, doprowadzony do ostateczności, wybuchnąć pewnego dnia i wykrztusić z siebie straszliwą prawdę. Zwierzęta nie potrafią mówić. Ci, co powiadają: „Im lepiej poznaję ludzi, tym więcej kocham psy”, ci, co znajdują w zwierzętach wytchnienie od wymagań, które im stawia towarzystwo ludzi, niech się dobrze zastanowią nad prawdziwą przyczyną swoich uczuć (...)»
Samą książkę można znaleźć też w internecie - zapraszam tutaj.

15/52
Jerzy Strzelczyk, Słowianie Połabscy

Bardzo archeologicznie i historycznie zrobiło się u mnie w marcu. Dopiero teraz spieszę z krótką recenzją książki Jerzego Strzelczyka pt. Słowianie Połabscy.

Jerzy Strzelczyk to jeden z najważniejszych autorów na mojej półce archeologiczno-historycznej. Wpierw denerwował mnie jego autochtonizm z czasów książki Goci - rzeczywistość i legenda, ale potem okazywało się, że autor zaczął sprzyjać allochtonizmowi i już Wandalowie i ich afrykańskie państwo (ważna książka dla mojej post-wandalskiej samoświadomości <ironia>) była bardzo ważna dla mojej wizji Wschodniej Germanii w czasach wpływów rzymskich.

O Słowianach Połabskich opowiadam moim turystom, gdy w drodze do świetlistego Albionu mijamy obszary Wschodnich Niemiec. Zwracam uwagę na słowiańską etymologię nazw miejscowych, na genetyczne pochodzenie dzisiejszych Niemców z okolic Łużyc i Połabia. Jerzy Strzelczyk w jednej ze swoich najnowszych książek zabiera nas w fascynującą podróż do krainy tych Słowian, którzy zaludnili opuszczone przez wędrujących na zachód Germanów tereny na południe i wschód od Półwyspu Jutlandzkiego. Profesor Strzelczyk opisuje ich dzieje, ich wierzenia, ich struktury społeczne i stopniową germanizację tej ludności. Zwraca też uwagę na to, jak ważni byli ci Słowianie w ukształtowaniu się dzisiejszego narodu niemieckiego.

Brawo dla Wydawnictwa Poznańskiego za tę dobrą, ładnie edytowaną książkę. Myślę, że każdy miłośnik starożytności słowiańskich powinien ją mieć na swojej półce. 

14/52
Marek Gędek, Tajemnica początków Polski

Czy jesteśmy Wenetami, którzy przyjęli język i kulturę słowiańską? Czy podobnie jak Słowianie Bałkańscy, jesteśmy niesłowiańskim ludem, który uległ slawizacji? Gdybyśmy zechcieli mocniej zastanowić się nad tą książką głębiej, gdyby myśl o naszej wenetyjskiej tożsamości stała się bardziej popularna w Polsce, miałoby to moim zdaniem rewolucyjne znaczenie dla polskiej samoświadomości!

Znamy (kto zna, ten zna) dawny i odżywający dziś spór między zwolennikami autochtonizmu (w uproszczeniu: "Słowianie są od zawsze na ziemiach dzisiejszej Polski") i allochtonizmu ("Słowianie pojawili się na ziemiach dzisiejszej Polski późno - w V/VI w. - a wcześniej mieszkały tu inne ludy, w tym Germanie"). Z jednej strony badanie źródeł antycznych, wnioski językoznawców i badania archeologiczne sprzyjają allochtonizmowi - Rzymianie znali dość dobrze obszary nadwiślańskie, a przecież nie zanotowali ani jednej wyraźnie słowiańskiej nazwy, nie znamy ze źródeł klasycznych ani jednego słowiańskiego imienia nadwiślańskiego wodza albo sprowadzonego do Rzymu niewolnika; języki słowiańskie wyraźnie są późno wyrosłą gałęzią indoeuropejskiego ("aryjskiego") drzewa, a archeologia ukazuje nam pierwsze wyraźne ślady Słowian na naszej ziemi (kultura praska) jako zjawisko wyraźnie odrębne od kultur wcześniejszych (np. kultury przeworskiej albo wielbarskiej).

Z drugiej strony badania genetyczne zdają się dziś utwierdzać autochtonistów w tym, że my - dość jednorodni genetycznie mieszkańcy dzisiejszej Polski - jesteśmy tutaj autochtonami od tysięcy lat. Nie jesteśmy najeźdźcami z terenów dzisiejszej Ukrainy, z terenów, gdzie nastąpiła zapewne etnogeneza Słowian (Naddnieprze), ale ludnością miejscową.

Jak te sprzeczne dane uzgodnić? Odpowiedź jest bardzo ciekawa i o niej (wbrew tytułowi tej niechlujnie przez Bellonę wydanej książki) mówi praca Marka Gędka pt. Tajemnica początków Polski. Fascynująca historia ludu Wenetów. Oto rewolucyjna teoria, o której być może będą kiedyś uczyć naszych wnuków (o ile nauka historii przetrwa w szkołach powszechnych):

Dzisiejsi Polacy są w dużej mierze autochtonami na terenach nadwiślańskich - jesteśmy indoeuropejskimi Wenetami, którzy w okresie wędrówek ludów ulegli ostatecznie przebiegającej od wschodu slawizacji.

Andriolli, ilustracja do Lilli Wenedy Słowackiego

Szkoda, że Marek Gędek napotkał na swojej drodze wydawnictwo Bellona, które niestety nie należy do tych najstaranniejszych, najbardziej dbających o redakcję, korektę, stronę graficzną (a przy pracach zagranicznych, o dobry przekład). Szkoda też, że nie poświęcił więcej czasu na uporządkowanie materiałów, które zebrał w tej pracy i że zgodził się na wydrukowanie bardzo ciekawych map, wymagających kolorów, w formacie czarno-białym. Książka stała się przez to nieco chaotyczna, a mapy często zupełnie nieczytelne. A jednak praca warta jest uwagi każdego, komu drogie są starożytności słowiańskie, germańskie i wenetyjskie. Autor bada wszelkie wzmianki o znanym w starożytności ludzie Wenetów/Wenedów. Tropi ich pochodzenie, dokonuje krytycznej analizy źródeł szukając odpowiedzi na pytanie o pokrewieństwo różnych Wenetów europejskich (tych północnoitalskich, tych celtyckich z terenów dzisiejszej Północnej Walii, tych z Wandei, a także tych najpóźniejszych - z obszaru dzisiejszej Łotwy), wskazuje, że kultura przeworska (i inne kultury archeologiczne okresu wpływów rzymskich) to być może ślady autochtonicznych, rodzimych Wenetów (czyli naszych niesłowiańskich pradziadów - Ligia Kalina z Quo vadis Sienkiewicza byłaby zatem nie Słowianką, ale Wenetyjką!), którzy dotrwali pod swoją nazwą do czasów średniowiecza tylko na Łotwie, a w innych rejonach ulegli Germanom i Słowianom zlewając się z nimi.

Książka Marka Gędka to praca na jaką czekałem. I choć się nadenerwowałem przy lekturze z powodu niestaranności wydawcy, to znalazłem wiele ciekawych myśli, które - mam taką nadzieję - zostaną podjęte przez kolejnych badaczy. Być może kiedyś Lilla Weneda stanie się znowu ważnym utworem dramatycznym dla współczesnych Wenedów (czyli nas!)...

Polecam! A kto już dziś chciałby zgłębić materie wenetyjskie, niech zajrzy na strony mojego znajomego, Grzegorza Jagodzińskiego (koniecznie tutaj).