wtorek, 15 listopada 2016

Ortodoksyjny ekologizm


To nie tak, że należymy do świata. Ani tak, że świat należy do nas. To raczej i my, i świat należymy do Boga Stwórcy.

Arathulion, dziękuję za ten link. Jakie piękne i mądre słowa. Niedawno pisałem o tym, że wartość naszej modlitwy i sprawowanej przez nas Liturgii wiąże się ze szczególną rolą człowieka we wszechświecie (patrz "Moja teodycea", "Moja zimowa kolęda"). W jakiś sposób jesteśmy obcymi w tym świecie (wizja "lewicowa") ale też i jego właścicielami (wizja "konserwatywna"). Jednak pozostawanie przy takich postawach jest tragedią i dla człowieka, i dla natury. Właściwy porządek następuje dopiero wtedy, gdy zrozumiemy, że jesteśmy swoistymi Kapłanami Wszechświata, którzy powinni każdego dnia ofiarowywać Wszechświat Bogu, jego Stwórcy, aby Bóg mógł w tym świecie działać i go naprawiać. Moim zdaniem taka jest konstrukcja rzeczywistości, że jest ona stale związana z człowiekiem - obserwatorem, badaczem, artystą, kapłanem. Jesteśmy tu jakby "demiurgiem", który sam z siebie wszystko może tylko popsuć i zranić. Dopiero gdy mocą naszej modlitwy i mocą danej nam Liturgii ofiarowujemy naszą rzeczywistość Bogu, On może w tę rzeczywistość wejść. Do tego jest potrzebna wola synów Adama i córek Ewy...

środa, 2 listopada 2016

Lewisowskie gryzmoły

Może już o tym pisałem, ale przypominać zawsze warto. Jest na YouTube świetny kanał z filmikami, które w artystyczny i humorystyczny sposób streszczają najważniejsze teksty C. S. Lewisa. Polecam także jako praktykę języka angielskiego: tutaj. A oto wybór ważnych dla mnie filmów:

 "Mężczyźni bez klatek piersiowych"

"Początki chrześcijaństwa"

"Po prostu chrześcijaństwo"

"O moralności chrześcijańskiej"

Ale polecam wszystkie filmy. Idealne na dłuższe jesienne wieczory!

poniedziałek, 31 października 2016

Kościół jest jak drzewo...

Bo jeżeli zaczyn jest święty, to i ciasto, a jeżeli korzeń jest święty,
to gałęzie również. Jeśli zaś niektóre gałęzie zostały odcięte,
a ty, będąc dziczką oliwną, zostałeś wszczepiony w ich miejsce
i korzystasz z obfitości oliwnego korzenia,
nie wynoś się ponad inne gałęzie (...)
Rz 11,16-17


Drzewo to najdoskonalsza roślina. Drzewo też jest piękną alegorią. Drzewa inspirują, co jest widoczne na wielu kartach najwspanialszych opowieści Tolkiena. Chciałbym napisać dziś o mniej znanym porównaniu do drzewa, które znajdziemy w listach Tolkiena. Chodzi o porównanie Kościoła Katolickiego do drzewa. Po raz pierwszy takie porównanie zrobił święty Cyprian, biskup Kartaginy i pierwszy męczennik afrykański z III w.: 
Jak wiele promieni ma słońce a jedno tylko jest światło; jak wiele gałęzi ma drzewo, a jeden tylko jest pień, osadzony na silnym korzeniu; i jak z jednego źródła bardzo wiele wypływa strumieni, i te dla obfitości wydobywającej się wody zdają się liczebnie pomnażać, to przecież jedność ich zachowuje się w początku. Pochwyć promień słońca od ciała jego: jedność światła nie da się rozdzielić. Odłam od drzewa gałąź, a odłamana nie puści korzenia. Oddziel od źródła strumień, oddzielony wyschnie. Tak i Kościół, napełniony światłością Pana, rozwodzi swe promienie po całym świecie, jedno atoli jest tylko światło, które wszędzie się rozlewa a jedno ciało jego się nie rozdziela. Rozpościera bujnie gałęzie po całej ziemi, wypływające obficie strumienie szeroko rozlewa; jedna atoli jest głowa, jeden początek, jedna matka bogata w następstwa płodności swojej. Z jej płodu się rodzimy, karmimy jej mlekiem, jej duchem się ożywiamy. 
Do tego porównania odwołał się w swojej Apologia pro vita sua błogosławiony Kardynał Newman. Książkę Newmana na pewno znał Profesor Tolkien, wychowany religijnie pod okiem ojców oratorianów z newmanowskiego Oratorium Birmingham. Zapewne stąd porównanie Kościoła Katolickiego do drzewa w jego liście nr 306:
Brak jest podobieństw między "ziarnem gorczycy" i w pełni wyrośniętym drzewem. Dla żyjących w czasach jego rozrastania się najważniejsze jest Drzewo, albowiem historia czegoś co żyje, stanowi część jego egzystencji, a historia tego co boskie, jest święta. Mędrcy mogą wiedzieć, że powstało ono z nasienia, lecz próby wykopania ziarna są bezcelowe, ponieważ ono już nie istnieje, a jego właściwości i moc znajdują się teraz w Drzewie. Doskonale: lecz w gospodarce leśnej zarządcy, opiekunowie Drzewa, muszą o nie dbać zgodnie z posiadaną wiedzą, przycinać je, usuwać narośla oraz pasożyty i tak dalej. (Z drżeniem, świadomi, jak mała jest ich wiedza o wzrastaniu!). Jeżeli jednak opęta ich pragnienie do powrotu do nasienia lub nawet do pierwszej młodości rośliny, która była (jak to sobie wyobrażają) ładna i niedotknięta złem, z pewnością wyrządzą jej krzywdę. 
Alegoria Drzewa (jeszcze jedno drzewo Tolkiena - ta piękna roślina miała wielki wpływ na wyobraźnię Profesora), a jednocześnie wykład Tolkiena na temat niebezpieczeństw dotyczących powracania do tzw. "pierwotnego chrześcijaństwa". Warto tu dodać jeszcze inne słowa z tego samego listu: 
"Protestanci" szukają w przeszłości "prostoty" i bezpośredniości - co oczywiście jest chybione i właściwie bezcelowe, chociaż wynika z raczej dobrych, a przynajmniej zrozumiałych pobudek. Chybione, ponieważ "pierwotne chrześcijaństwo" jest i mimo wszelkich "poszukiwań" zawsze pozostanie w dużej mierze nieznane; ponieważ "pierwotność" nie stanowi gwarancji wartości, a raczej jest i była w pewnym stopniu odbiciem ignorancji. Poważne nadużycia były elementem chrześcijańskiego "liturgicznego" zachowania zarówno u jego zarania, jak i obecnie. (Wystarczająco dowodzą tego ostre ograniczenia nałożone przez św. Pawła na zachowanie eucharystyczne). Tym bardziej, że zgodnie z intencją Naszego Pana "mój Kościół" nie miał być statyczny czy też trwać w stanie wiecznego dzieciństwa, lecz miał stanowić żywy organizm (porównany do rośliny), który rozwija się i zmienia zewnętrznie poprzez wzajemne oddziaływanie przekazanego mu boskiego życia i historii - szczególnych uwarunkowań świata, w którym został osadzony.
Mówiąc o "protestantach" miał Tolkien na myśli raczej katolickich reformatorów z czasów Vaticanum II niż bezpośrednio wyznawców Chrystusa ze Wspólnot ewangelickich. 

Tolknięta modlitwa

Taka tolknięta modlitwa znaleziona na naszym forum Elendilich. Podoba mi się:
Boże, pozwól mi być takim, jak Sam.
Daj serce proste, do którego wrogowie wstępu nie mają. Którego czym kupić nie mają.
Daj pogodę ducha, dziecięcą chęć zobaczenia elfów i spełnienie marzeń o bohaterskim eposie.
Daj wierność i siłę, i wiarę, by nie zwątpić w sens ofiary.
Daj, bym umiał odrzucić, co zbędne, a zachować przy sercu skarby.
Pozwól, kiedy nie można nieść ciężaru za kogoś, żebym poniósł jego.
Jeśli to Twoja wola, ocal od ognia Orodruiny.
Daj długie życie, miłość bliskich i poważanie wśród ludzi.
A u kresu dni zabierz mnie z Szarej Przystani za morze, żeby i dla mnie szara zasłona deszczu przemieniła się w srebrne szkło.


piątek, 28 października 2016

42/52 Harry Campbell, Campbell's Weather Compendium

Bardzo angielskie dziełko - bo dziełko o pogodzie, ulubionym temacie angielskich konwersacji. Bogata, zabawna, pełna ciekawych informacji książeczka. Fakty pogodowe, pogodowe historyjki, a także zgadywanki i quizy. Książka na każdą porę roku, bo mówiąca o zmianach w sferze powietrznej na przeciągu roku. Czyli znowu coś, co dopełnia moją tegoroczną misję - znaleźć książki, które dadzą mi więcej wiedzy o zmianach w przyrodzie na przestrzeni 365 dni roku.

Za mało mamy takich książek w Polsce.

41/52 Charles Williams, Wojna w niebie

Ale się ucieszyłem, gdy dotarła do mnie wieść, że w końcu Charles Williams doczekał się polskiego tłumaczenia! I to Wojna w niebie, którą poznałem lata temu jako angielskiego e-booka. Niezastąpione wydawnictwo Esprit, które popularyzuje dziś dorobek C. S. Lewisa. A więc Williams pojawia się w Polsce w towarzystwie swojego znakomitego przyjaciela. 

To bardzo ciekawa powieść. Mógłbym takie czytać na okrągło. Thriller metafizyczny z przesłaniem chrześcijańskim. Mówi się, że mroczny opis środowiska angielskich okultystów to owoc doświadczeń Charlesa Williamsa z członkostwem w odłamie Złotego Brzasku. Mamy tajemnicze morderstwo, mamy opis anglikańskiego życia parafialnego, mamy katolickiego arystokratę z Londynu, detektywów, a wszystko w związku ze znalezieniem Świętego Graala. Jeden z niezapomnianych momentów Wojny w niebie to opis Mszy, który ma taką głębię, jest tak mocny...

Williams to świetna lektura na jesienne wieczory, gdy wyobraźnia lepiej działa. A ja mam szczerą nadzieję, że moje ulubione wydawnictwo przygotuje kolejne tłumaczenia książek tego mniej znanego Inklinga. Czekam na Wigilię Wszystkich Świętych!

40/52 Mark Walker, Annus Horribilis

Mnóstwo zabawy, dużo pożytecznej wiedzy i nostalgia za dawnymi laty, gdy uczyłem się łaciny w liceum. Kupiłem tę fajną książeczkę w rzymskiej Vindolandzie przy Murze Hadriana w Brytanii. Mark Walker jest angielskim rzecznikiem i popularyzatorem łaciny. W tej pracy możemy przypomnieć sobie historię języka Rzymian i języka Kościoła Rzymskiego, możemy poznać poprawną wymowę łaciny klasycznej i kościelnej (to jest dla mnie naprawdę zaskakujący kawałek książki - okazuje się, że w szkole uczyliśmy się raczej wymowy kościelnej, nie klasycznej), a także poznać genezę, znaczenie i ciekawe skojarzenia związane z łacińskimi sentencjami. Jest świetny rozdział o łacińskich akronimach i skrótach (taka wiedza przydaje się przy czytaniu inskrypcji w kościołach albo na zabytkowych ruinach), jest rozdział o tym, jak funkcjonuje łaciński kalendarz, o cyfrach, o łacinie ogrodników. W końcu zaskakujący - jak na angielską książkę - cały ciąg rozdziałów poświęconych katolickim hymnom, modlitwom, pieśniom po łacinie, a także napisom, które możemy znaleźć w świątyniach.

Książka napisana żywym językiem, dowcipna i inteligentna. Warto uczyć się łaciny!

39/52 Zapatrzenie. Rozmowy ze Stefanem Swieżawskim

Z sentymentem wracam do myśli profesora Swieżawskiego, którym się trochę zaczytywałem w czasach późnego liceum. Poznawałem jego wizję tomizmu (i do dziś mam jej ślad w duszy), a podczas naszych wyjazdów do Taizé brat Marek przekazał nam kiedyś rozmowę z profesorem na temat Soboru Watykańskiego II oraz wizji Kościoła, która była bliska Swieżawskiemu. Pożyczyłem sobie tę książkę z Biblioteki Śląskiej. Przeczytałem z zaciekawieniem (interesujące dla mnie było między innymi przyznanie się profesora do fascynacji teozofią w czasach jego młodości!), ale też zdałem sobie sprawę, jak jednak inaczej myślę o Kościele. Dla mnie autorytetem w tej dziedzinie jest od wielu lat Joseph Ratzinger, czyli nasz papież Benedykt XVI - a konkretnie takie prace, jak Duch liturgii. Tymczasem nadzieje profesora Swieżawskiego chyba się nie spełniają. Kościół, który był chyba dla niego inspiracją - Kościół na Zachodzie - nie wydaje spodziewanych owoców... Coraz mniej powołań, coraz więcej zamkniętych świątyń. Tymczasem w Polsce żyje i dobrze się ma nasz tradycyjny katolicyzm parafialny (Swieżawski w jednej z rozmów wyrażał nadzieję, że parafialny katolicyzm, który był według niego przeszkodą w modernizacji polskiego Kościoła, z czasem zaniknie). Ciekawa lektura, ale nie będzie miała dla mnie już takiego znaczenia, jak czytanie profesora Swieżawskiego we wczesnej młodości.

środa, 12 października 2016

Dziewczyna z pociągu (film)

Poznałem złe recenzje, ale kolejny raz się przekonałem, że są gusta i gusta. Nie znałem książki, więc nie znałem odpowiedzi na zagadki i film utrzymał mnie w napięciu do samego końca. Do tego świetna muzyka mistrza Elfmana, rewelacyjne zdjęcia, lubiani, a nie wyeksploatowani aktorzy, tematyka na czasie (tematyka zdrady w dobie komórki i Facebooka - ważna sprawa, o której warto mówić), cudowne światło, kolory, piękne domy (urządzone w 100% pod mój gust) i piękne, zmysłowe kobiet.


38/52 Jan Dąbrowski Polska przed trzema tysiącami lat

Moja ulubiona seria archeologiczna. Ze względu na narastające w moim sercu zamiłowanie w italskich, kentumowych Wenetach, których Zbigniew Gołąb identyfikuje z nosicielami kultury łużyckiej, bardzo chciałem poznać tę książkę. I znowu pomocna okazała się Biblioteka Śląska. 

Nie jest to jakiś wybitnie opasły tom, ale książka napisana jest prostym (może niekiedy zbyt prostym) językiem, ma świetny materiał ilustracyjny, jest pracą typu "życie codzienne na ziemiach polskich w okresie...". Prezentuje historię badania kultury łużyckiej, jej charakterystykę, podział na grupy kulturowe, pokazuje poprzedników i następców tej kultury, wpisuje ją też w szerszy kontekst kultur pól popielnicowych, które funkcjonowały w naszej części Europy wtedy, gdy na Peloponezie rozwijała się kultura mykeńska. Zaskoczenie? Myślałem, że "łużyczanie" żyli sielsko i spokojnie, a tu kanibalizm, przepracowane kobiety, wielka śmiertelność dzieci, zajechane pracą zwierzęta, dziwne praktyki magiczne...

Brakuje mi w tej książce opisu teorii dotyczących identyfikacji etnicznej, językowej. Niestety nasze ziemie są słabo przebadane pod względem genetycznym... Ale cieszę się, że książkę poznałem. Od teraz zupełnie inaczej spoglądam na Górę Św. Doroty, którą widzę każdego dnia z moich północnych okien - na szczycie tej góry znajduje się łużyckie grodzisko o charakterze kultowym. Szkoda, że pan Dąbrowski nie opisał go jednak w swojej książce...