Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 52/2017. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 52/2017. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 maja 2017

20/52 Jan Święcicki, Listy z Królewca

Bardzo chciałem poczytać coś, co przekaże informacje o życiu codziennym, emocjach, spostrzeżeniach ludzi, żyjących na przełomie XVIII i XIX w. w Prusach Wschodnich. Wszystko wiąże się oczywiście z #TolkienAncestry. W Bibliotece Śląskiej znalazłem wiele takich książek. Jedna z nich to Listy z Królewca Jana Święcickiego. Na główną część publikowanej w niniejszym tomiku korespondencji składa się osiem listów napisanych w latach 1802-1808 przez Święcickiego do przyjaciela, Franciszka Malinowskiego. To przyjaźń pełna takich emocji i wyrazów miłości, jaka dziś – w świecie zabrudzonym seksualnymi skojarzeniami – mogłaby się komuś wydać podejrzana. Ale wystarczy poczytać Cztery miłości C. S. Lewisa... Z listów dowiadujemy się, jak żyło się studentowi w Królewcu, jak żyło się w epoce napoleońskiej w Prusach, dziś "niewidzialnym królestwie", które dostrzegają, w którym jakoś też i żyją dziś tylko wtajemniczeni. Mamy tam też list z 3 marca 1804, w którym jest opis pogrzebu Immanuela Kanta. To jedyna taka relacja zachowana w polskich archiwaliach!

19/52 Encyklopedia Gdańska

Potężna publikacja. Bardzo ważna w moich badaniach nad rodziną Tolkienów (od XIX w. Tollkühnów) w Gdańsku (patrz #TolkienAncestry). To publikacja regionalna, która liczy 1176 stron, zawiera blisko 4000 haseł i ponad 1600 ilustracji. Autorzy zostali członkami powołanej Ławy Encyklopedystów Gdańskich. Autorami haseł zostało ogółem 247 osób. Pierwszych 5000 egzemplarzy zostało rozprowadzonych drogą subskrypcji. Jest to pierwsze w historii Gdańska całościowe kompendium wiedzy, ukazujące wszechstronny obraz miasta od jego początków do współczesności. Encyklopedia jest dostępna również w wersji internetowej jako Gedanopedia

To w elektronicznej wersji znalazłem mojego pierwszego gdańskiego Tolkiena, pana Christiana (1762-1821), który był członkiem rodziny Tolkienów – gdańskich kuśnierzy, był w XIX w. znanym antykwariuszem, a od czasu pruskiego zaboru Gdańska także pracownikiem magistratu. Książka bardzo pomogła mi rozgryźć takie kwestie, jak sprawę gdańskich cmentarzy, historię ważnych dla #TolkienAncestry gdańskich kościołów (św. Katarzyny i św. Jana), dzieje i specyfikę straży obywatelskiej, pieniędzy gdańskich itd.


Z książką będę miał już zawsze związane fajne wspomnienie mojej "Tolkien-Reise" w kwietniu 2017, gdy byłem w Archiwach Państwowych, spotkałem Agnieszkę i Jana, przeszedłem się po znanych mi tolkienowskich miejscach w Gdańsku. Mam z tego wyjazdu miłą pamiątkę na pierwszej stronie Encyklopedii. Samą publikację udało mi się kupić w księgarni angielskiej przy kościele św. Katarzyny. Był dzień obniżek cen i trafiło mi się potężne książysko za 40,- zł!

18/52 C. S. Lewis, Podział ostateczny

Kolejny audiobook maja'17. Jedna z najlepszych książek C. S. Lewisa, czytana przez Jerzego Zelnika. Uczta! W tworzeniu Podziału ostatecznego brał udział J.R.R. Tolkien. Książka, która ma duży wpływ na moje nadzieje eschatologiczne, dotyczące najważniejszej kwestii życia wiecznego. Może się stać czymś ważnym i dla ciebie, Czytelniku mojego bloga. Pokazuje, czym jest Niebo, a czym piekło. Niebo to miejsce, w którym dopełni się to, kim jesteśmy. Piekło to stan, w jakim jesteśmy, gdy nie chcemy zjednoczyć naszej woli z Wolą Boga. To właśnie z tej książki pochodzą tak ważne dla mnie słowa, że ostatecznie ludzie dzielą się tylko na dwie kategorie: tych, którzy mówią Bogu "bądź wola Twoja" i tych, do których Bóg powie na końcu "bądź wola twoja". Jest albo życie z Bogiem w Niebie, albo życie w ostatecznej depresji, ostatecznym odłączeniu od Boga i niezdolności do miłości w świecie naszej własnej pustki i cierpienia. Stawka jest wysoka. A książka warta poznania!

Polecam!

17/52 J.R.R. Tolkien, Silmarillion

W tym miesiącu przeżyłem podwójne spotkanie z Tolkienowskim opus życia – Silmarillionem. Wpierw w formie audiobooka (absolutny biały kruk – dla osób niewidomych, poza oficjalnym obiegiem, niemożliwy do kupienia!). Chore oko, ciemność pooperacyjna, a więc tym lepsza przestrzeń dla wyobraźni. I była to niezwykła podróż do mitycznej przeszłości naszej Ardy. Dawno nie przeżyłem Śródziemia tak mocno. Drugie spotkanie z Silmarillionem to lektura niezwykłego fanowskiego wydania tej opowieści. Chodzi o edycję MumakiL Fandom PresSsss (przeczytasz o nim tutaj i tutaj). Nie chcę zdradzać zbyt wiele, bo to prywatne wydanie dla wtajemniczonych. Napiszę tak, jak napisałem na Forum Hobbitonu: "Zachwycam się tym tomem od ostatniego poniedziałku. Wszystko mi się podoba: i szata graficzna, i edycja, i piękna czcionka, i nastrojowe grafiki Melinir, i niesamowita mapa Gondolinu Siriellë (Gondolin wydaje się jakby wyrastać z kart książki). Bardzo fachowo i ciekawie dobrane teksty. Dobre, łatwo czytające się tłumaczenia, arcyciekawe dodatki (Eru, dziękuję, że mogę jeszcze wśród kręgów tego świata zobaczyć duży lingwistyczny tekst Tolkiena w polskim tłłumaczeniu!). Jak się wzbogacę, każdy tom każę oprawić sobie w skórę (czerwono barwioną) lub płótno ze srebrzystym tengwarem. To jest Silmarillion, na jaki czekałem całe moje życie".

W każdym razie Christopher Tolkien ma w Polsce bardzo poważną konkurencję...



16/52 Ursula Le Guin, Lewa ręka ciemności


Ten miesiąc nie zaczął się dla mnie najszczęśliwiej. Czwartego maja wylądowałem w szpitalu okulistycznym w Katowicach i odbyła się szybka operacja oka. Jestem mocnym (a właściwie słabym) krótkowidzem, mam siatkówkę wrażliwszą niż przeciętny człowiek. I odkleiła się w prawym oku. Ale już jest dobrze. Możecie sobie jednak wyobrazić, że w maju nie byłem w stanie czytać książek. A jednak wykonałem plan 52/52, bo istnieją wspaniałe audiobooki! 

Le Guin to moja literacka miłość tuż po Tolkienie. Oczywiście, kto zna, ten wie, że teoretycznie Le Guin to antypody moich poglądów na świat. A jednak nie do końca, bo ja w swoim ewangelicznym katolicyzmie dostrzegam braterstwo myśli i przeczuć między apofatycznym chrześcijaństwem, a taoizmem (na co zwracał gdzieś uwagę kardynał Ratzinger, ale nie umiem tego cytatu niestety odnaleźć), a leguinowski feminizm którejś-tam-fali to dla mnie zawsze inspiracja do przemyśleń. Książkę poznałem we wczesnej młodości. Jako nastolatek słuchałem w odcinkach w Polskim Radiu (miałem nawet tę czytaną książkę nagraną i słuchałem jej na moim pierwszym walkmanie z kasetami), a potem zdobyłem książkę (to to wydanie ze zdjęcia). Teraz wysłuchałem jeszcze raz z bardzo fajnego audiobooka dla niewidomych. Bardzo bardzo działało to na wyobraźnię. Tym razem przy lekturze Lewej ręki ciemności zachwycałem się barwami, odcieniami, fakturami, zapachami i dźwiękami lodowej planety Gethen. I zauważyłem, że choć autorka próbuje pokazać nam świat, w którym człowiek ma wartość bez rozróżnienia na płeć męską i żeńską (czyli w duchu dzisiejszej "ideologii gender"), to jednak ci spokojni, zrównoważeni ludzie są po prostu nie tyle bezpłciowi, co po prostu męscy, bez kobiecych hormonów, emocji, zmienności, wrażliwości. Chyba nie udało się Le Guin stworzyć literackiego opisu ludzi idealnie pozbawionych seksualności (poza okresem kemmeru – jak u zwierząt okresu rui), tak jak nie uda się współczesnej fali rewolucji (post)seksualnej pozbawić mężczyzn i kobiet ich męskiej i żeńskiej specyfiki.

Książka jest bardzo dobra, ważna i powinna być jak najlepiej sfilmowana!

czwartek, 20 kwietnia 2017

15/52 Michał Książek, Droga 816

Tajemnica Wschodu! Wschodu Polski. Trasa biegnie wzdłuż Bugu, a za Bugiem już tylko nieznane, aż po Syberię i Chiny... Co ty wiesz o życiu na wschodzie? – zdaje się pytać Michał Książek, autor znakomicie przyjętego debiutanckiego reportażu Jakuck. Słownik miejsca. W książce, którą pożyczył mi mój magister elegantiarum, Sławek Morawski, bohaterem jest tu droga nr 816 zwana "Nadbużanką. Bohaterem jest tu też polski bogaty język, skojarzenia, całe bogactwo świata, który z pozoru może się wydawać biedny, brudny, nieciekawy. Książek napisał dla nas niezwykłą książkę o Pograniczu, o spotkaniu kultur i tych kultur miłosnym i nienawistnym splocie.

Książek pisze o Polsce, którą warto poznawać, którą warto pokochać...

14/52 Marion hrabina Dönhoff, Dzieciństwo w Prusach Wschodnich

Uwielbiam książki spod znaku "podróż w krainę dzieciństwa". To zawsze dobra lektura, jasna, optymistyczna... Poza tym książki tego typu są często świadectwem utraconego czasu, jakiejś minionej epoki i zniszczonej kultury. Tak właśnie jest ze wspomnieniami hrabiny Dönhoff, niemieckiej dziennikarki i aktywistki ruchu pojednania niemiecko-polskiego po II wojnie. Pani Marion była w czasie ostatniej wojny w ruchu oporu przeciwko Hitlerowi, znała osobiście zamachowców z Wilczego Szańca, ale sama szczęśliwie uniknęła represji po ataku na Führera.

Książka opowiada o szczęśliwszych, dziecinnych latach w pałacu ojca we Friedrichstein koło Królewca, o idei pruskiego wychowania (której elementy widzę także w moim rodzinnym domu – mam dla tej metody duży respekt!), o pięknie Prus Wschodnich, a nawet w jednym miejscu o Tołkinach... Książka ma jedną wadę – jest za krótka. Dlatego dziś w BŚ odbieram kolejną pracę Pani Marion.

Polecam!

P.S. Jest jeszcze jedna wada – brak mapek, ilustracji, zdjęć rodzinnych.

13/52 Janusz Sokołowski, En ka druwei Prussai?

Nieoceniona Biblioteka Śląska i znowu unikatowa książka. W co wierzyli Prusowie (Elbląg 2007) to może nie jest monument na temat wierzeń bałtyjskiego ludu, ale przez swój charakter bardzo mnie zaciekawiła (opiera się ona na prawdziwym monumencie – na książce Łucji Okulicz-Kozaryn pt. Dzieje Prusów). Maciej Piegat przełożył bowiem popularyzatorski, naprawdę zajmujący tekst Janusza Sokołowskiego na zrekonstruowany język staropruski. W tym wypadku mamy tu żywy język nowopruski! A to jest to, co tygryski lubią najbardziej. Eksperyment językowy, romantyczna idea wskrzeszenia języka i kultury ludu, którego dziedzictwo istnieje w genach ok. 10 procent polskiej populacji. Do tego ciekawe ilustracje z dawnych hiperborejskich starodruków. Na przykład po raz pierwszy zobaczyłem drzeworyt Olausa Magnusa, który przedstawia scenę weselną u Prusów. Książeczkę wydano dzięki funduszom unijnym – to jest ta sfera działalności Unii Europejskiej, do której mam wielki szacunek. Szkoda, że książeczka jest mało znana. Żeby przedstawić Wam jej okładkę, musiałem sam zrobić fotografię. Wydawcą jest "Stowarzyszenie Łączy Nas Kanał Elbląski Lokalna Grupa Działania w Elblągu" – odjazdowa nazwa, prawda?

Autor pisze o tym, co i mnie coraz bardziej zajmuje – o pamięci genetycznej. Doświadczam jej w ostatnich latach tak mocno... A czytałem o niej wpierw chyba u Tolkiena, w jego Zaginionej drodze i Zapiskach Klubu Mniemań. Jakież to dziwne, że fascynacja dziełem Profesora i jego życiem, jego korzeniami, doprowadziła mnie nie tylko do odkryć spod znaku #TolkienAncestry, ale też do odkrycia w ostatnich latach (dzięki badaniom DNA i dzięki genealogii – piszę o tym obszernie na Aldrajchu) swoich własnych bałtyjskich korzeni (jaćwieskich lub pruskich), a używana przeze mnie od lat 90. specjalna runa "RD" (mojego projektu) okazuje się tak bardzo podobna do znaku polskiej szlachty o pruskich i jaćwieskich korzeniach (herbu Prus), ale też do znaku własnościowego kościoła św. Katarzyny w Gdańsku, koło którego spoczywają prochy gdańskich Tolkienów! Autor czytanej właśnie rozprawki religioznawczej pisze:
»Jako miłośnik przyrody mieszkający prawie od 40 lat w jednym z najpiękniejszych miejsc Pomezanii, Jerzwałdzie/Ziemi Gerii, coraz bardziej jestem przekonany, że w jakiś magiczny sposób przekazywane mi są ich zachowania sprzed ponad 1700 lat. Lubię codzienną kąpiel w gorącej wodzie, nasze psy i koty żyją bezkonfliktowo, królik też nie jest hodowany na ubój...«
To jest właśnie chyba to...

Praca Sokołowskiego i Piegata to przegląd różnych relacji i teorii dotyczących wierzeń i życia codziennego dawnych Prusów. Nie ma tam raczej rozbudowanego panteonu bóstw. Jest raczej wiara w to, że boskość przenika całą otaczającą nas rzeczywistość. Jest mowa o wierzeniach i obrzędach związanych ze śmiercią, jest mowa o gajach, o braku świątyń, o różnych przesądach. 


wtorek, 18 kwietnia 2017

12/52 Jarosław Szlaszyński, W blasku i cieniu Augustowa

Moi najstarsi znani przodkowie w linii ojca to Wojciech Derdziński i jego żona, Salomea z d. Wąsowicz. Wiem, że mieszkali oni jako małżeństwo w Krysowicach k. Mościsk w Galicji (to jest Ruś Czerwona, między Przemyślem i Lwowem, dziś na Ukrainie), gdzie w 1852 urodził się ich syn, Franciszek Derdziński, mój pradziadek. Ale nie wiemy, skąd Wojciech i Salomea Derdzińscy przybyli. W każdym razie urodzili się w okolicach roku 1830. Nie znam miejsca i daty ich narodzin. I tu tworzy się miejsce na moje teorie sprzężone z wynikami badań genetycznych. Rodzina Derdzińskich genetycznie spokrewniona jest z rodzinami pochodzenia prusko-jaćwieskiego, a najdawniejszych Derdzińskich znajduję w źródłach genealogicznych z XVII w. Gniazdem tej rodziny ma być Turówka k. Augustowa. Derdzińscy zamieszkali ją po spustoszeniach Potopu Szwedzkiego.

Wpisałem sobie hasło: "Derdziński Wąsowicz" do Googla i tu też fajne wyniki. Na przykład taki:


Derdzińscy i Wąsowicze jednocześnie występują wciąż na tamtych terenach, na dawnej Jaćwieży, nad rzeką Ełk (Jaćwingów Polacy nazywali Połekszanami, mieszkańcami dorzecza Ełku).

Skąd zatem wzięli się w Galicji? Tutaj pomocna okazuje się ciekawa książka, którą ostatnio zdobyłem w Bibliotece Śląskiej: W blasku i cieniu Augustowa. Z dziejów obszaru gminy Augustów Jarosława Szlaszyńskiego (Augustów 2014). W indeksie tej książki znalazłem całą grupę Derdzińskich! I to Derdzińskich o takich samych imionach, jakie występują w mojej rodzinie.
Pierwsza wspaniała wiadomość jest na stronie 61:
Większe zmiany ludnościowe miały natomiast miejsce w Turówce, gdzie nowych mieszkańców dostarczały przedmieścia (głównie Biernatki). I tu jednak od czasu "po potopie" (chodzi o Potop Szwedzki) mieszkali nieprzerwanie Sakowie i Derdowie-Derdzińscy.
 W przypisie do tego akapitu czytamy:
Wymienione nazwiska mieszkańców przedmieść występują tu do dziś, a więc nie nastąpiła w nich zasadnicza wymiana ludności.
A zatem Derdzińscy (to nazwisko występuje w tej formie od XVIII w., a jego wcześniejsza forma to Derda, z formą żeńską Derdzianka).

Na stronie 58 znajduję powstańca styczniowego z okolic Augustowa, Franciszka Derdzińskiego (tak samo nazywał się mój pradziadek – to oczywiście różne osoby, ale ciekawe dla mnie jest występowanie u Derdzińskich w okolicy Augustowa tego samego zestawu imion...). W dniach 18/19 maja 1863 r. dołączył on do oddziału płk. Konstantego Romotowskiego "Wawra". Wiemy, że po upadku powstania oddziały zostały rozbite. Ujętych powstańców zsyłano karnie w głąb Rosji, ale wielu osobom udało się zbiec za "kordon". Możliwe, że także zaangażowani w działania antyrosyjskie Derdzińscy wyemigrowali za granicę, do Galicji. Wysuwam taką teorię, że mój pradziadek, Wojciech Derdziński wyjechał uciekając przed branką do armii carskiej ze swoją żoną Salomeą do galicyjskich Krysowic, gdzie urodziły się ich dzieci, w tym Franciszek, mój pradziadek. Możliwe też, że ojciec Wojciecha (nieznany mi z imienia praprapradziadek) brał udział w powstaniu listopadowym i musiał po jego upadku uciekać do Galicji. Czytamy bowiem (str. 58):
Pierwszym sprawdzianem świadomości politycznej i patriotyzmu w okresie zaborów było powstanie listopadowe 1830 i 1831 roku. Niewielki udział, jako żołnierze regularnego wojska, wzięli w nim także mieszkańcy omawianego obszaru [ziemi augustowskiej], m.in. Ignacy Białobrzeski z Żarnowa, który służył w 4 Pułku Ułanów.

Inni Derdzińscy wymienieni w książce to Witold Derdziński z Białobrzeg k. Augustowa, który nie chciał poprzeć głosowania do Sejmu Ustawodawczego w 1947 (został za to zatrzymany na 24 godziny) oraz Edward Derdziński z Turówki (tak samo nazywał się mój dziadek, ojciec mojego ojca), który głośno krytykował ustrój Polski Ludowej w 1956.

środa, 5 kwietnia 2017

11/52 Paul Theroux, Szczęśliwe wyspy Oceanii

Paul Theroux! Znany pisarz, ciekawy świata podróżnik. I facet na rozdrożu (przynajmniej gdy wybrał się na wyprawę do Oceanii), tużo po rozwodzie, w początkach jakiejś ciemnej depresji. W tej książce zabrał nas w jedną ze swoich najbardziej egzotycznych i intrygujących wypraw. Prostota, brak nie tylko wygód, ale nawet aparatu fotograficznego. W chybotliwym składanym kajaku odwiedza wyspy południowego Pacyfiku. Podróż rozpoczyna w Nowej Zelandii (to mnie do książki zachęciło, bo dopiero co wróciłem z Nowej Zelandii), a kończy tysiące kilometrów dalej – na rajskich Hawajach. Jak pisze w swojej zapowiedzi Wydawnictwo Czarne:

"Po drodze szuka krokodyli w aborygeńskim rezerwacie w Australii, stara się odkryć prawdę o legendarnym życiu seksualnym mieszkańców Trobriandów, szuka jaj nogali na Wyspach Salomona, bada kult cargo w Vanuatu, w polinezyjskim Królestwie Tonga wybiera się na audiencję do króla Taufa’ahau Tupou IV, a na Vava’u próbuje wcielić w życie fantazje o Robinsonie Crusoe na bezludnej wyspie. Zanim dotrze do celu, zwiedza jeszcze Samoa, Tahiti, Markizy, Wyspy Cooka i Wyspę Wielkanocną…".

Książka była dla mnie bardzo odkrywcza, bardzo ciekawa. Dowiedziałem się więcej o smutkach tropików, o ludożerstwie zastąpionym przez mielonkę wieprzową z puszki, o przyczynach otyłości ludów Oceanii, o przedziwnych zwyczajach seksualnych i systemach społecznych. Mam teraz na oku kilka kolejnych książek na ten temat, w tym nieznane mi wcześniej dzienniki Bronisława Malinowskiego, w których opisuje on swoje irytacje i zawody w czasie poznawania ludów Oceanii, szczególnie znanych z "seksualnego życia dzikich" Trobriandów. Na tę książkę czatuję w Bibliotece Śląskiej.

Polecam Wam książki Czarnego. Wydawnictwo nie zawodzi i trzyma wysoko poprzeczkę. Świat staje się jeszcze ciekawszy i łatwiej zrozumieć współczesność.

A przy okazji znalazłem zwiastun filmu, który chciałbym obejrzeć:



10/52 Maria Bogucka, Żyć w dawnym Gdańsku

Kolejna książka czytana w ramach moich badań spod znaku #TolkienAncestry. Bardzo dobre opracowanie typu "życie codzienne w... w czasach...". Najlepsza dla mnie historyczna lektura. Książka opracowana z wielką dbałością. Dla mnie oczywiście najważniejsze były ślady Tolkienów, albo chociaż opis życia gdańskich kuśnierzy i introligatorów. Jest jedna świetna rzecz, której się dowiedziałem. Zacytuję odpowiedni fragment:
"Podstawowym warunkiem wymaganym od kandydata na mistrza w większości cechów było przedstawienie świadectw prawego i wolnego urodzenia, świadectwo ukończenia nauki, a w wypadku czeladników obcych – zaświadczenie z ostatniej służby. Kandydat musiał również zdobyć prawo miejskie i zaopatrzyć się w zbroję. Niektóre cechy wymagały przedstawienia poręczyciela, który gwarantował wobec władz nienaganność nowego mistrza" (str. 119).
Co to oznacza dla moich badań? Pierwszy Tolkien, którego znalazłem w Gdańsku, to członek miejskiego wojska, porucznik (Lieutnant) Michael Tolkien, wzmiankowany w 1697. Jest on jednym z głównych wojskowych w Kwartale Szerokim (Błękitnym), w którym prym wiedli właśnie kuśnierze. Moja teoria? Michael Tolkien był najemnikiem spod Królewca, zawodowym, wprawionym w boju wojskowym (może szlify odebrał na służbie u elektora saskiego, Augusta?). Wynajął się do służby dla Gdańska, a w zamian zdobył prawo miejskie i prawo wykonywania rzemiosła (tym samym był "zaopatrzony w zbroję"). Kuśnierstwo wiąże się z cennymi skórami z lasów Prus Wschodnich i Litwy. A zatem kierunek migracji i wybór profesji jest całkiem poprawny: z okolic Królewca (gdzie Tolkienowie żyli dowodnie od XVI do XX w.) do Gdańska, gdzie Tolkienowie byliby traktowani jako rzemieślnicy obcy, jako Prusacy, co potem miało znaczenie w czasie rozbiorów: gdańszczanie w 1772 przymuszali wielu pruskich mieszczan do opuszczenia miasta: wtedy mogli z niego uciec do Londynu bracia Tolkienowie: Daniel Gottlieb i Johann Benjamin (prapradziadek Profesora Tolkiena). Został ich brat, Christian Tolkien, który już po III rozbiorze, gdy Gdańsk stał się portem pruskim, urządził się lepiej jako urzędnik miejski, antykwariusz, a nawet zgermanizował swoje nazwisko na Tollkühn i został pochowany przy Kościele Mariackim!

środa, 29 marca 2017

9/52 Historia Gdańska t. III
W poszukiwaniu gdańskich Tolkienów

Oto kolejny tom wielkiego dzieła o historii Gdańska. Ten podzielony jest na potężną cz. 1 i krótszą cz. 2, która dodatkowo jest opatrzona w bardzo przydatny indeks. O poprzednich tomach pisałem przy okazji 3/52. Teraz poznajemy dzieje kuśnierzy gdańskich i możliwe dzieje rodziny Tolkienów w Gdańsku w latach 1655-1793. To ważny okres, bo właśnie w tym czasie spotykamy w źródłach gdańskich nazwisko Tolkien, a od 1815 nazwisko Tollkühn (jako germanizację bałtyckiego nazwiska Tolkien).

W połowie XVII w. rzemieślnicy gdańscy poszukują ochrony u króla polskiego przed kupcami wkraczającymi w uprawnienia poszczególnych cechów, jak to czynili księgarze wobec introligatorów, browarnicy wobec bednarzy, handlarze futer wobec kuśnierzy itp. (III 1, 49)

Poważnym problemem rzemieślników w tym czasie jest produkcja pozacechowa. Dotyka ten problem także kuśnierzy. Złem jest także tzw. tandeta, gdzie przez kilka dni w tygodniu można było handlować towarem starym lub częściowo zużytym. Tymczasem trafiały tu często rzeczy zupełnie nowe, lecz pochodzące z nielegalnych źródeł. Co ciekawe na ulicy Tandeta (niem. Tagnetergaße) w początku XIX w. Christian Tolkien będzie prowadził swój antykwariat. Tolkienowie – gdańscy luteranie – będą związani z pobliskim kościołem św. Jana i z Katedrą Mariacką. Na Tandecie w XVII w. sprzedawano na przykład książki, zszywane i oprawiane poza cechem introligatorskim (III 1, 133).

Cechy – w tym kuśnierze – liczyli bardzo na pomoc ze strony Jana III Sobieskiego. W 1677 cechy gdańskie wysyłają swoich emisariuszy do Warszawy. Jednym z nich był kuśnierz Matthias Wilke. Król zapewnił ich o rychłym przybyciu do Gdańska (III 2, 153).

W 1678, w czasie wizyty króla Jana III w Gdańsku, ożywiło się w mieście życie katolickie. Przy okazji wielkiej procesji do Oliwy doszło do ataku ze strony luteran gdańskich. Obrabowano wtedy klasztor karmelitów. Przeprowadzono liczne aresztowania i wskazano na czeladź jako na głównych sprawców zajść. 14 maja 1678 skazano na śmierć między innymi czeladnika kuśnierskiego, Dawida Nardela. Egzekucji nie wykonano, a Nardel odsiedział dożywotni wyrok w miejskim więzieniu (III 1, 175).

Ważnym zdarzeniem w życiu miasta był przyjazd nowego króla, Augusta II Mocnego w 1698. To w tym czasie pojawia się w źródłach pierwszy gdański Tolkien – Michael Tolkien, porucznik w armii gdańskiej. Dnia 18 marca 1698 r. August II odbył uroczysty wjazd do Gdańska. Witały go bramy triumfalne, pochody organizacji mieszczańskich, szpalery kompanii obywatelskich, salwy armatnie, a potem tańce kuśnierzy i cieśli okrętowych, sztuczne ognie i inne atrakcje (III 1, 196).


W XVIII w. cech kuśnierzy liczył 51 członków (1734). Możliwe, że w tej liczbie mieszczą się też Tolkienowie (Michael, Christian?). Bez czeladników było aż 31 kuśnierzy, z jednym czeladnikiem 11, a z dwoma czeladnikami 9. To świadczy o tym, że kuśnierzy nie było stać na wielu uczniów i zajmowali się swoim zawodem raczej samotnie – III 1, 449, 459.

W latach 1711-1729 trzech kuśnierzy zmieniło obywatelstwo gdańskie z rzemieślniczego na kupieckie (to ok. 10% wszystkich kuśnierzy). A zatem na zmianę obywatelstwa i na większe lokaty kapitału stać wtedy było nielicznych. Znaczna większość braci cechowej żyła w warunkach graniczących z ubóstwem (III 1, 461).

Osobną kartę w dziejach rzemiosła cechowego zapisały zatargi z bliźniaczymi korporacjami z innych miast Rzeczypospolitej, głównie z Prus Królewskich. M.in. cech kuśnierzy występował przeciw nałożeniu przez korporacje w Elblągu, Toruniu, Malborku i Królewcu podwyższonych świadczeń, połączonych z wprowadzeniem rygorystycznych kontroli przywiezionych towarów i ograniczeniami do 2 dni wolności handlu na jarmarku (zamiast ośmiu) – III 1, 467.

Dowiadujemy się też, że Żydzi byli dokuczliwą konkurencją dla gdańskich kuśnierzy i złotników (III 1, 470).

Czas, w którym spotykamy w Gdańsku pierwszego Tolkiena, to czas podwójnej elekcji na polskiego króla z 1697. Starły się wtedy w Polsce stronnictwa Augusta II i francuskiego księcia Contiego. Gdańsk opowiedział się za elektorem saskim. August przeciw zacumowanym pod Gdańskiem okrętom wojennym Contiego wysłał trzy tysiące żołnierzy jazdy saskiej i polskiej pod dowództwem Henryka Flemminga i generała wojsk polskich, Michała Brandta. Dzięki tej interwencji francuskie okręty odpłynęły do Francji (III 1, 191). 

Mam coraz więcej przypuszczeń, że pierwszy znany w Gdańsku Tolkien, porucznik Michael Tolkien był oficerem zaciężnym z Prus Książęcych, który stał się obywatelem i członkiem gdańskiego cechu kuśnierzy za zasługi w 1697, gdy Gdańsk opowiedział się za Augustem II, a przeciw francuskiemu księciu Contiemu. Osiadł w Gdańsku, może jego syn Michael został w poł. XVIII w. starszym cechu kuśnierzy, a syn Michaela, kuśnierz Christian spłodził Daniela, Christiana i Johanna. Oto moje dzisiejsze wnioski po lekturze Historii Gdańska.

Porucznik Michael Tolkien może być tożsamy z Michaelem Tolkienem ur. 1659 w Konradswalde k. Królewca, synem Georga, wnukiem Crispina ur. ok. 1600 w tej samej wsi. Tamtejsi Tolkienowie na 99% pochodzą od Matthiasa Tolkina z XVI w. z Legitten k. Królewca, a tamten był prapotomkiem Matthiasa Tolk von Markelingerode z Tolko i Tołkin. Rycerz Matthias pochodził od rycerzy Markelingerode z okolic Wernigerode w Górach Harcu, a tamci od możnych Sasów z czasów Biskupa Thietmara. Ostatecznie wszyscy oni pochodzili od germańskich Sasów... 

piątek, 3 marca 2017

8/52 Marija Gimbutas, The Balts

Bałtowie to moje główne obecnie zainteresowanie historyczno-archeologiczno-lingwistyczne. Wszystko przez #TolkienAncestry oraz moje własne poszukiwania genealogiczne (wprawdzie w pamięci historycznej mojej rodziny Derdzińscy pochodzą z Krysowic między Przemyślem i Lwowem, ale jeszcze w początku XIX w. moja rodzina mogła mieszkać na dzisiejszym Pojezierzu Augustowskim, w okolicach Turówki i Bargłowa, bo tam zdaje się występują najdawniejsi Derdzińscy vel Derdowie; no i badanie genetyczne, które włączają mnie do bałtyckiej rodziny Z92!). Łykam zatem każdą intelektualną bałtycką strawę. Nie mogłem też nie pokusić się o lekturę książki prof. Mariji Gimbutas o Bałtach. I oczywiście Biblioteka Śląska okazała się tutaj znowu niezastąpiona. 

Jak miło mieć w rękach coś tak starannie i pięknie wydanego! Książka londyńskiego wydawnictwa Thames and Hudson z 1963. I znowu książka prawie jak nowa! A w środku nie tylko wielka dbałość o poprawny zapis nazw bałtyckich czy słowiańskich (pierwszy raz widzę książkę, w której polskie nazwiska i tytuły są zapisane bez jakichkolwiek błędów – pani Gimbutas po prostu dobrze chyba znała polski, urodziła się wszak w Wilnie), ale też piękne mapy i doskonałe czarno-białe ilustracje. A jaka treść! Bałtowie bowiem to pean na cześć trochę przez badaczy zachodnich zapomnianych narodów Europy Wschodniej. Są oczywiście pewne "turbobałtyzmy", bo Marija Gimbutas chętnie rozszerza wpływ Bałtów na ziemie, które według naszych badaczy nie były nigdy obszarem języków bałtyckich. Ot, taka mapa:

Na ciemno zaznaczone obszary protobałtyckie (Proto-Baltic) wg M. Gimbutas

Pani Gimbutas interpretuje bałtycko wiele nazw z obszarów na zachód od delty Wisły, które są w naszych źródłach uważane za przedsłowiańskie albo słowiańskie: Drwęca, Parsęta, Powałki, Karwie, Karwia, Salino, Łebień, Rzucewo, Labuhnken (dziś Trzcińsk), Straduń i Łabuń. Zdaje się, że w jej wizji Protobałtowie są po prostu rdzeniem indoeuropejskim w Europie Środkowej, z którego wyróżnią się dopiero inne grupy językowe, gdy tymczasem języki bałtyckie będą po prostu jego późniejszą manifestacją.  

Generalnie książka jest pierwszą w świecie anglojęzycznym monografią na temat Bałtów, ich początków, ich kultury i terytoriów, na których zamieszkiwali i zamieszkują. Praca jednak musiała zostać odpowiednio "przycięta", żeby pasować do serii wydawniczej"Ancient Peoples and Places". W związku z tym Gimbutas dotknęła tylko spraw, które wymagałyby głębszego wyjaśnienia: np. dotyczących wschodnich granic terytorium bałtyckiego, kwestii kultury łużyckiej (u Gimbutas ta ważna dla terenów dzisiejszej Polski kultura prawie nie istnieje!), ekspansji słowiańskiej. Świetne ilustracje, doskonałe mapy – można tylko mieć pretensje do okrojonej bibliografii.

Pierwszy rozdział to Linguistic and Historic Background. Opisane są w nim badania lingwistyczne i historyczne nad najwcześniej opisywanymi Bałtami. Nazwą Bałtów pani Gimbutas opisuje ludność posługująca się bałtyckimi językami rodziny indoeuropejskiej. Wiemy, że sama nazwa "Bałtowie jest XIX-wiecznym neologizmem od łacińskiej średniowiecznej nazwy Bałtyku — Mare Balticum. Próbowano też zastosować nazwę "języków aistyjskich" (propozycja lingwisty litewskiego, K. Bugi. Tacyt w Germanii (98 r. po Chr.) wzmiankuje gentes Aestiorum, zamieszkujące na wschodnich brzegach Morza Bałtyckiego. Inaczej niż nasi historycy i lingwiści (np. wspominany niedawno przeze mnie prof. Gołąb), Gimbutas przypisuje herodotowym Neuri (wzmianka w V w. przed Chr.) bałtycką tożsamość. Uzasadnia to wieloma nazwami rzecznymi na terenach bałtyckich, które zawierają rdzeń nur-. Opisuje też wzmiankowanych przez Ptolemeusza w II w. po Chr. Sudowian i Galindów. Pisze też o Kurach oraz Prusach oraz plemionach wschodniobałtyckich. Ogólnie pani Gimbutas rozszerza tereny bałtyckie o te obszary, które dla innych badaczy są poza bałtyckim uniwersum (obszary na zachód od Wisły i okolice Moskwy).

Rozdział II to Baltic Origins. Kwestia początków Bałtów łączy się ściśle z początkami Indoeuropejsczyków i ich domniemaną prasiedzibą. Podając przykłady różnych teorii (Urheimat jako stepy nadczarnomorskie, Centralna Azja, Litwa, stepy eurazjatyckie) M. Gimbutas opowiada się za okresem 2300-2200 r. przed Chr. i ekspansją całkiem nowej kultury ze stepów na północ od Morza Czarnego i za Wołgą w kierunku Bałkanów, obszaru egejskiego i zachodniej Anatolii, a potem w kierunku Środkowej i nadbałtyckiej Europy. Chodzi o słynną teorię "kurhanową". "Kurhanowcy" Mariji Gimbutas mieliby wprowadzić w Europie patriarchalną, opartą na hodowli, posiadającą konie i powozy kulturę. Ludzie ci mieliby w Europie wejść w relacje z matriarchalnymi, spokojnymi nie-indoeuropejskimi rolnikami. W ten sposób miałoby dojść do powstania zalążków kultur germańskiej, bałto-słowiańskiej i innych. Ci, którzy stać się mieli Protobałtami, przybyli wg Gimbutas z dorzecza dolnego Dniepru przez Europę Środkową do Morza Bałtyckiego, a nawet w kierunku południowo-wschodniej Finlandii. Druga spokrewniona grupa miałaby nadejść znad środkowego Dniepru do górnego Dniepru, górnej Wołki i Oki w Rosji Centralnej (kultura Fat'janavo). Na obszarach tych nowi osadnicy, tzw. kultura ceramiki sznurowej albo czekanów bojowych, zastali myśliwych-rybaków, których znamy w literaturze jako kultura ceramiki dołkowo-grzebykowej. Nowi osadnicy wyglądają na europoidów, zajmują się hodowlą bydła, świń, owiec, kóz, koni, a także prostym rolnictwem. Wykopaliska z Rzucewa i Suchacza wskazuje, że nowi osadnicy zamieszkiwali w stałych osiedlach i chowali swoich zmarłych nieskremowanych w grobach.

Rozdział III to The Bronze and the Early Iron Age of the Maritime Balts. Około 1800 r. przed Chr. Bałtowie mieliby zacząć wykorzystywać metale. Od samego początku Bałtowie mieli też podzielić się na dwie strefy wpływów. Przez całą epokę brązu zachodnia strefa była pod wpływem zaawansowanych metalurgicznie centrów w Europie Środkowej, podczas gdy strefa wschodnia zachowała swój archaiczny charakter. I to kulturowe rozróżnienie przetrwało także w późniejszych epokach. Zachodni Bałtowie, przodkowie Prusów, kulturowo przypominali mieszkańców Europy Centralnej (Ilirów i Celtów) i do zachodnich sąsiadów - Germanów. Bałtowie Wschodni (Litwini, Łotysze) mieli więcej wspólnego z Ugrofinami, Protoscytami, Kimmeryjczykami i wczesnymi Słowianami. Bałtowie nadmorscy rozwinęli żywy handel bursztynem z centralną Europą, z przedstawicielami kultury unietyckiej (nadbałtycki bursztyn znaleziono nawet w grobach mykeńskich w Grecji). Bursztyn wysyłano też do północnych sąsiadów, do dzisiejszej północno-zachodniej Rosji, a nawet do regionów uralskich. Bałtycki bursztyn znajdujemy też w końcowej fazie epoki brązu w grobach etruskich. Bałtowie tego okresu dalej chowają zmarłych w kurhanach, które otaczają dwoma albo trzema pierścieniami kamieni. Jednak około XII w. przed Chr. pojawia się i stabilizuje zwyczaj kremacji zmarłych. Pojawiają się urny twarzowe, których wzór przyszedł w VI-V w. przed Chr. z centralnej Europy.

We wczesnej epoce żelaza zaczynają się Bałtowie rozdzielać na Galindów, Sudowian (Jaćwingów), Sambian-Natangian, Kurów i Litwinów. Wg Gimbutas następuje ekspansja, którą opisują mapy (rys. 10, str. 63 i rys. 24, str. 83). Bardzo kontrowersyjne - wręcz "turbobałtyjskie"! Kultura bałtycka sięga tam dolnej Odry, Karpat, Kijowa, Kurska, a także obszaru 400 km wzdłuż Uralu. Pani profesor utożsamia kulturę urn twarzowych z Bałtami, a to nie jest w nauce dziś przyjmowane. Także powiązanie Neurów Herodota z Bałtami podlega dziś negacji.

Rozdział IV The Bronze and the Early Iron Age of the Eastern Balts jest mniej ciekawy, bo opowiada o Bałtach Wschodnich, na których temat wiemy naprawdę niewiele. Za to Rozdział V The "Golden Age" jest bardzo interesujący. Opowiada o okresie od II do V w. po Chr., gdy u Bałtów obserwujemy rozwój rolnictwa i lokalnej metalurgii w związku z rozwojem handlu bursztynem i z kontaktami z Imperium Rzymskim oraz Wolną Germanią. Na kolejnej mapie (rys. 36) M. Gimbutas ukazuje skonsolidowany obszar kultury bałtyckiej w granicach, które są dziś do przyjęcia przez większość badaczy: sięga on tylko dolnej Wisły na zachodzie, linii Narew-Bug na południowym zachodzie. Bagna Prypeci są już poza bałtyckim zasięgiem. Autorka opisuje bardzo bogatą ornamentykę ówczesnych ozdób, bogactwo ceramiki itd.

Rozdział VI to The Baltic "Middle Iron Age". Chodzi o okres 400-800 r. po Chr. Wtedy Prusowie i Kurowie odgrywali główną rolę pośród Bałtów. W tym czasie pojawiają się ekspansywni Słowianie, którzy zajmują obszary wschodniobałtyckie około 400 r., a w wieku VII rozwija się osadnictwo skandynawskie na wybrzeżu Morza Bałtyckiego. Bałtowie tracą większość wschodnich terytoriów na rzecz Słowian. Pojawiają się tam słowiańscy Wiatycze, Krywicze, Radymicze, Dregowicze i in. Obserwujemy też rozwój wikińskich osiedli w Grobinie, Sauslau-kas (na Łotwie), Viskiauten (w Sambii), Truso koło Elbląda i in.

Rozdział VII to The Balts Before the Dawn of History. Otrzymujemy zwięzły opis lat 800-1200, gdy kultury bałtyckie przeżywają odrodzenie, zwłaszcza w części zachodniej. Groby z tego okresu przechowują liczne ozdoby, broń i inne ciekawe przedmioty. Ustalają się relacje handlowe z krajami skandynawskimi, z Rusią Kijowską i Europą Zachodnią. Nadchodzą jednak czasy upadku. Pomiędzy 1231 i 1288 Zachodni Bałtowie są podbijani przez Zakon Niemiecki. Kurowie, Semigalowie i Łatgalowie także popadają w zależność od krzyżowców. Jedynie Litwinom udaje się stworzyć niezależne państwo w XIII w., które nie tylko umiało utrzymać swoje zachodnie granice, ale także stopniowo je poszerzać na wschodzie. W ten sposób powstawało Wielkie Księstwo Litewskie. 


Bardzo ciekawy jest rozdział VIII - Religion. Marija Gimbutas to nie tylko historyk. W późnych latach swojej kariery naukowej rozwijała ona swoją koncepcję religii Wielkiej Bogini (która wpłynęła na takich pisarzy jak Robert Graves, o którym wiele razy pisałem na blogu). Tu jednak Gimbutas jest jeszcze wolna od swojej osobliwej ideologii matriarchatu, feminizmu. Korzystając ze świadectw pisanych, folkloru i wykopalisk archeologicznych, Marija Gimbutas opisuje indoeuropejską religię Bałtów, rolę Krivis, czyli głównego kapłana, ryty pogrzebowe, wiarę w upiory vėlės, opisuje różnorakich bałtyckich bogów, święte gaje itd. Bardzo inspirujący obraz religii Bałtów, który jednak stawia kolejne pytania, na których odpowiedzi trzeba jednak szukać w innych książkach...


7/52 Jerzy Nalepa, Jaćwięgowie. Nazwa i lokalizacja

Ta wydana w 1964 roku książka wpadła w moje ręce dzięki poszukiwaniom genetycznym ("Jestem Z92") i bogactwie naszej regionalnej Biblioteki Śląskiej. Jestem jedną z niewielu osób, które tę akurat książkę wypożyczyły z BŚ, bo jej stan to "nówka nieśmigana". A przecież temat jest niezwykle ciekawy! Jaćwież to obszar, który w większej części znajduje się dziś w województwie podlaskim, to tereny, które mijamy, gdy jedziemy na Litwę – to przecież ziemia augustowska, Pojezierze Suwalskie. A Jaćwingowie to bałtyccy (czy też bałtyjscy – jak kto woli) sąsiedzi dawnego Mazowsza, dawnych polskich i ruskich księstw. Jaćwingowie (dziś pisze się też Jaćwięgowie, a dawniej popularny był zapis Jadźwingowie) to językowi i kulturowi krewniacy Prusów (o których tyle ostatnio czytam dzięki zgłębianiu genealogii rodziny Tolkienów), ale do ich dziedzictwa przyznaje się też współczesna Litwa (Suvalkia to dziś w litewskim piśmiennictwie najmniejszy z siedmiu regionów historycznej Wielkiej Litwy; część dawnej Jaćwieży to na Litwie dziś też region Dzūkija, który mijamy, gdy przez Olitę jedziemy do Druskiennik (co polecam, bo to piękne ziemie, cudowne leśne krainy!).

Jerzy Nalepa (ur. 1926) to polski historyk, językoznawca, mediewista i slawista. W swoich pracach zajmuje się głównie językowymi i dziejowymi początkami Słowian i Polski. W tej książce zgłębił temat nazewnictwa jaćwieskiego i lokalizacji historycznej Jaćwieży. Niewielka praca – ma 60 stron – ale bardzo ciekawa (ja sobie tę lekturę połączyłem z przestudiowaniem rozdziału o Jaćwingach w książce Jerzego Strzelczyka pt. Zapomniane narody Europy). W Jaćwięgach autor przede wszystkim szuka etymologii tego etnonimu. Wiąże go z jeziorem Hańcza.

Hańcza to wg wielu bałtologów bałtyckie *Ant-ia 'związane z kaczkami' (por. staropruską nazwę ántis/antis 'kaczka'). Inna interpretacja podana była przez H. Krahe. Wg niego *Ančia/Antia to 'końcowa rzeczka, graniczna rzeczka'. Do tej bałtyckiej nazwy Słowianie dodali protetyczne h- (jak w Ameryka : gwar. Hemeryka, Anna : Hanna). Tymczasem Jerzy Nalepa opowiada się za etymologią K. O. Falka, który łączy element *ant- z poświadczonym w łotewskim słowem uõts 'koryto'. Łotewskie uo- odpowiada litewskiemu i prabałtyckiemu an-. Nasz hydronim byłby zatem rekonstruowany jako *Antia 'Korytnica'. Oryginalną tezą prof. Nalepy jest połączenie nazw Hańcza i Jaćwięgów. Wedługo niego Jaćwięgowie wywodzą swoje miano właśnie od samej Hańczy, nad której brzegami odnajdujemy najważniejsze archeologiczne pozostałości po Jaćwięgach.

Na kolejnych stronach autor śledzi wszystkie znane nam wzmianki o Jaćwięgach w pismach staroruskich, krzyżackich i staropolskich. Profesor je analizuje i dochodzi do wniosku, że starosłowiańska forma nazwy Jaćwięgów brzmiała: *Jęt-ьv-ęg-ъ, co miało być oddaniem rekonstruowanej przez Nalepę formy starobałtyckiej: *Ant-iv-ing-as. Owi Antivingas mieli wziąć swoją nazwę od Antia, Hańczy. Bylibyż oni zatem po słowiańsku Hańczanami. Samą Jaćwież, kraj Jaćwięgów, prof. Nalepa rekonstruuje w starobałtyckim jako *Antuva albo *Antva. Sama Jaćwież należy do słowiańskich nazw krain wg wzoru: Żmudź, Golędź, Ruś, Serb', Duń. 

Nalepa proponuje przyjąć w języku polskim formy: Jaćwięż, Jaćwięgowie, jaćwięski. To się jednak nie przyjęło, bo dziś piszemy raczej Jaćwież, Jaćwingowie i jaćwieski.

Świetna mapa z pracy J. Nalepy

W sprawie osadnictwa jaćwieskiego, Nalepa opowiada się za tym, żeby za jego jądro uważać dorzecze Czarnej Hańczy, choć włączyć tu też należy Białą Hańczę na terenie dzisiejszej Litwy (lit. Baltoji Ančia). Autor pisze też o przeciekawych alternatywnych nazwach Jaćgingów. Przede wszystkim o etnonimie Sudinoi, znanym z przekazu Ptolemeusza. Wg Nalepy polska forma tej nazwy brzmiałaby Sudzinowie, a ich kraj nazywałby się Sudwą (Sudwa jak Litwa). Profesor Sudzinów nie utożsamia z Jaćwingami – uważa ich za północnych sąsiadów i wiąże ich z dorzeczem litewskiej Suduone (pol. Sudonia), dopływu Szeszupy. Z czasem nazwa Sudzinów miała przejść też na Jaćwingów. Tak nazywali ich na przykład niemieccy osadnicy z Państwa Zakonnego. Jaćwingowie nazywani też byli od strony litewskiej Dojnową (lit. Dainava), a Polacy zwykli też nazywać Jaćwingów Połekszanami (od rzeki Łek).

Wartościowa książka. Chciałoby się, żeby tematyka jaćwieska była szerzej obecna w naszej historiografii. Piszę to jako potomek Derdzińskich z okolic Augustowa. Piszę to jako genetyczny potomek Jaćwingów.

czwartek, 2 marca 2017

6/52 Christopher Clark, Prusy. Powstanie i upadek

Długo czekałem aż ta książka wpadnie w moje ręce. A gdy już wpadła, trochę się zawiodłem, bo jednak oczekiwałem ciekawszej narracji i większej ilości materiału ilustracyjnego. Ale ważne, że jest to pierwsza we współczesnej historiografii tak wnikliwa i wyczerpująca monografia dziejów Prus - od powstania tego państwa aż do jego ostatecznego upadku. Oto fragment recenzji z LubimyCzytać:

"Prusy, które z ubogiego i słabo rozwiniętego państewka, hołdownika Polski, przeistoczyły się w jeden z najpotężniejszych krajów Europy, zawdzięczały swoją siłę przede wszystkim zdolnym, energicznym, lecz i autokratycznym władcom oraz uporczywemu dążeniu do doskonałości, przede wszystkim na polu bitwy. Według autora były one wprawdzie znakomicie zarządzanym i oświeconym krajem, przypominały jednak wielkie i ponure koszary.

To z inicjatywy Prus nastąpiło w 1871 r. zjednoczenie Niemiec; to one pokonały Francję w XIX w., to one wreszcie odegrały kluczową rolę w dwóch ostatnich wojnach światowych. Jednakże stara pruska arystokratyczna elita, która pełniła funkcję rzeczywistej siły napędowej zjednoczenia Niemiec, straciła ostatecznie kontrolę nad hitleryzmem - potworem, którego sama stworzyła - czego następstwem była likwidacja Prus jako państwa przez Aliancką Komisję Kontroli w roku 1947."

5/52 Bartoszyce. Z dziejów miasta i regionu

Badam dzieje nazwiska i rodu Tolkienów (oto cała relacja z badań). W Bibliotece Śląskiej znalazłem ciekawą pracę pt. Bartoszyce. Z dziejów miasta i regionu. To część serii monograficznej, którą wydawano w latach 60-80., po reformie administracyjnej z 1975. Książka mnie bardzo interesowała, bo musiałem zbadać historię miejscowości, w których mieszkali Tolkowie/Tolkienowie, rycerski ród w Prusach Zakonnych. Chodzi o Tolko (niem. Tolks) i inne wioski i majątki, które od XIV w. były w posiadaniu tej rodziny. W tym roku chcę odwiedzić Tolko, bo znajduje się tam pałacyk, który stoi na fundamentach, które wznosili jeszcze średniowieczni, saksońsko-pruscy Tolkienowie. Książka naprawdę dobrze napisana, kawał wielkiej roboty. Opisuje przyrodę, historię i PRL-owską współczesność tych okolic. Ale o samych Tolkach/Tolkienach informacji było niewiele... 

Książka jest dziełem kilkorga autorów pod redakcją Haliny Witkowskiej. Wydano ją w 1987.

4/52 Adam Wajrak, Wilki

To kolejna książka, którą polecił mi i pożyczył Sławek Morawski, mój trener i magister elegantiarum. I znowu się nie zawiodłem. A przy okazji nabrałem jeszcze większej ochoty, żeby wybrać się w tym roku do Puszczy Białowieskiej. Wilki – towarzyszą mojej wyobraźni od dzieciństwa. Moja mama nazywa się z domu Wolf (przeczytaj o tym na moim drugim blogu), bajkowe i baśniowe wilki nie wzbudzały we mnie przesadnej grozy, a nasza paczka przyjaciół nosi od lat imię "Watahy".

Adam Wajrak, jeden z ulubionych dziennikarzy i autorów tekstów o polskiej przyrodzie, mieszka z żoną w Puszczy Białowieskiej. W swojej książce opowiada o latach tropienia wilków i o swojej fascynacji tymi niezwykłymi zwierzętami.  Z Wilków możemy dowiedzieć się wiele o przyczynach wilczych stereotypów, o losie wilków w Europie, o ich zwyczajach w Puszczy. Świetne są opowieści o ludziach, których zafascynowały wilki. Polecam!

wtorek, 24 stycznia 2017

3/52 Ian Brodie, Lord of the Rings Location Guide


Już w sobotę... Do Królestwa Nowej Zelandii!

Od kilku dni, od powrotu z Anglii (gdzie między innymi wędrowałem po Londynie śladami XVIII-wiecznych braci Tolkienów z Gdańska – relacja niedługo), szykuję się do jednej z moich podróży życia: wyprawy do Nowej Zelandii. Lektury, wydruki z internetu, słuchanie muzyki, sny o jeżdżeniu autem po lewej stronie z kierownicą po prawej... Obiecuję sprawozdanie z Aotearoa... Tymczasem jednym z moich przewodników po Nowej Zelandii będzie ta oto książka.

Wydana przez HarperCollins w 2004. Niestety słabo sklejona. Już się martwię, bo na pewno będzie trzeba ją kleić po powrocie. Ale w końcu się przyda. Opisana jest tam Nowa Zelandia z punktu widzenia lokalizacji filmowych, które opisane są z pieczołowitością, z podanymi koordynatami GPS, z mapkami. Ale książka jest nie tylko o produkcji filmowej. Prezentuje piękno dziewiczych regionów Nowej Zelandii, opisuje maoryskie legendy, ciekawostki językowe. Wszystko, czego będą potrzebowali też moi turyści.

Wyjazd będzie trwał 16 dni, w tym 14 w Nowej Zelandii, na obydwu wyspach. Śpimy w hostelach, żywimy się w tańszych restauracjach, a i tak koszt wyjazdu to... 15 tys. zł. Dobrze, że jadę tam do pracy, a nie wydawać pieniądze. 

Trzymajcie za nas kciuki, a nawet pomódlcie się za nasz szczęśliwy powrót!


czwartek, 12 stycznia 2017

2/52 Historia Gdańska t. I i II
W poszukiwaniu gdańskich Tolkienów



Oto fragmenty ważnego gedanistycznego dzieła, które dotyczą dziejów cechu kuśnierzy oraz kultury tej społeczności.

[I 418] Pierwsza wzmianka o cechu kuśnierzy to 1350 r., skórników – 1357

[I 419] Cechy rzemieślnicze i ich organizacja, a także życie towarzyskie i religijne. W 1378 istniało w Gdańsku 13 organizacji cechowych na Głównym Mieście, a to: kaletników, szewców, kuśnierzy, krawców, garbarzy, tkaczy lnu, browarników, bednarzy, piekarzy, kowali, skrzyniarzy, tkaczy wełny i złotników. Na pewno istnieli też już wtedy rzeźnicy i murarze.

[I 421] Za bogate uchodziły w XIV w. cechy złotników, rzeźników i kuśnierzy, wśród których niewątpliwie następował również proces dyferencjacji majątkowej.

[I 423] Wśród rzemiosł skórniczych o silnym zróżnicowaniu, jak rymarzy, siodlarzy, pasamoników, szewców, kuśnierzy, garbarzy i kaletników, czołową rolę w Głównym Mieście odgrywali szewcy (około 1380 r. – aż 77) obok pasamoników (42). W początkach XV w. liczbę zakładów skórniczych określa się na 150. Korzystały one z urządzeń przemysłowych, usytuowanych początkowo na Starym Mieście (1379 r. – folusz i młyn do mielenia kory) lub na Starym Przedmieściu (garbuz z 1352 r.), a od schyłku XIV w. i w początkach XV w. na Głównym i Młodym Mieście (2 garbarnie). W 1397 r. kaletnicy zorganizowali młyn zameszniczy na Starym Mieście nad kanałem Raduni.

[I 395] Rok 1378 i rewolta mająca wymusić na radzie Głównego Miasta Gdańska oraz wspierającej ją władzy krzyżackiej odwołania zarządzeń godzących w interesy miejscowego rzemiosła. Rada zastosowała aresztowania wobec przywódców rewolty. Niektórzy rzemieślnicy przebywali w więzieniu przez okres kilku miesięcy, w tym kilku młynarzy i kuśnierz.

[I 536] Nadanie nowego statutu dla cechu kuśnierzy w 1418

[II 521] W XVII w. wzrosła liczba kuśnierzy w Gdańsku. Przekroczyła w tym stuleciu liczbę 60 osób. Ja sam przypuszczam, że właśnie w XVII w. Tolkienowie z okolic Królewca, handlujący już tam prawdopodobnie litewskimi skórami i futrami, przenoszą się do Gdańska właśnie w tym czasie.

Szybko rozwija się też wtedy garbarstwo (znamy niejakiego Reinholda Tolkiena z Lubeki w XVII w., garbarza, który mógł być jakimś Tolkienem z Gdańska, który tam otworzył swój warsztat); liczbę warsztatów białoskórniczych ustalono w roku 1578 na 17, a zapewne tyleż było zakładów czerwonoskórniczych. Zwiększeniu liczby mistrzów ponad ustalone granice sprzeciwiała się organizacja cechowa. W drugiej połowie XVI w. pojawiają się dwa nowe, nie znane dotąd w Gdańsku odłamy skórników: kurdybannicy i wykańczalnicy skór. Oprócz wyżej wymienionych specjalizacji występowali także, choć w związku z rozwojem papiernictwa już nieliczni, pergaminnicy, dalej wytwórcy teczek, czapek futrzanych itd.

Ważne jest to połączenie skórników z księgarstwem – w XIX w. zobaczymy, że kuśnierska rodzina Tolkienów w Gdańsku zajmuje się też sprzedażą książek. Zresztą w Anglii stanie się tak samo. Skrórnicy zajmowali się czasami oprawą pięknych ksiąg w skóry. W związku z tym sprzedawali też czasami książki!

[II 530] Nakład kupiecki i rzemieślniczy rozwijał się nie tylko na terenie rzemiosł tekstylnych. Liczne przykłady uzależniania uboższych mistrzów i ich pracy chałupniczej od posiadaczy kapitału dotyczą w XVII w. także wykańczalników skór i kuśnierzy.

[II 541] Pisze się tu o "partaczach", o zwiększonym popycie na towary w Gdańsku, któremu nie umieją sprostać rzemieślnicy skupieni w cechach. W związku z tym po cichu pozwala się działać pozacechowym partaczom, których towary skupują nawet sami rzemieślnicy. Niektórzy kaletnicy i kuśnierze skupowali od partaczy ich wyroby, które następnie sprzedawali razem ze swoimi.

[II 565] Opis akcji czeladzi przeciw mistrzom. W XVI i XVII w. powstają związki czeladnicze, związki plebejskie, które stanowiły duże zagrożenie dla pracodawców. W latach 1585–1586 mistrzowie kuśnierscy wytoczyli swoim czeladnikom proces o samowolną zmianę gospody oraz wyniesienie i ukrycie kasy.

[II 572] Mamy tu opis budzenia się opozycji antypatrycjuszowskiej pospólstwa, do którego należą w XVII i XVIII w. Tolkienowie. Reprezentacją pospólstwa jest Trzeci Ordynek i cechy. W początkach 1604 r. wiele cechów (szewcy, kuśnierze, bednarze, piekarze itd.), gildia kramarzy, a także przedstawiciele kupiectwa i członkowie Trzeciego Ordynku (do którego w końcu XVII w. należą Tolkienowie) udzielili starszym czterech kwartałów (Quartiermeistre) Trzeciego Ordynku uroczystego pełnomocnictwa dla wszczęcia i prowadzenia procesu przeciwko Radzie.

Moreska, czyli taniec Maurów prezentowany tradycyjnie przez kuśnierzy gdańskich
[II 380] Ważna jest też kulturalna rola cechu kuśnierzy. Wytwarza się mecenat zamożnego mieszczaństwa nad literaturą i teatrem. Widowiska parateatralne wiązały się głównie z wydarzeniami politycznymi, takimi jak przyjazdy królów polskich do Gdańska i służyły uświetnieniu tych wizyt.

[II 480] Do portu gdańskiego z Labiawy szły skóry i futra: sobole, kuny, gronostaje, ale też futra lisie i wilcze oraz królicze.
Herb cechu kuśnierzy w Gdańsku


sobota, 7 stycznia 2017

1/52 Państwo zakonu krzyżackiego w Prusach
– kim byli rycerze Tolkowie/Tolkienowie?

For the English speaking readers I recommend the function "translate" to the right, please. Unfortunately I am not able to write all my #TolkienAncestry texts in Westron as an Eastron native.

»bywali to zawsze ludzie tacy,
którzy wszelaką cnotę a prawdę
nad wszystkie skarby sobie przekładali«

Bartosz Paprocki, Herby rycerstwa polskiego (1858), str. 734, hasło Luziański

Czas na dalsze badania tolkienowskie dotyczące Prus i Gdańska. A przy okazji mała recenzja mojej pierwszej książki przeczytanej w 2017. 

Będzie to kilka faktów wynotowanych z pracy Państwo zakonu krzyżackiego w Prusach. Władza i społeczeństwo pod red. M. Biskupa i R. Czai (Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2008). Państwo zakonne było wczesną zapowiedzią państw absolutystycznych – centralizacja pod dowództwem zakonnej korporacji i sprawna administracja. Wszystko co w wieku XV skutkowało buntem ambitniejszych warstw społecznych. Mieszczaństwo chcące korzystać z wolności, które dzielili mieszczanie w innych częściach Europy. Rycerstwo, które chciało być wolnym rycerstwem na wzór ówczesnej szlachty w ościennych krajach. O dziejach Zakonu Niemieckiego w Prusach, o ewolucji administracji cywilnej i kościelnej oraz o zmianach społecznych w krzyżackich Prusach piszą w tej bardzo dobrze opracowanej książce (opatrzonej licznymi wartościowymi mapami i ilustracjami) liczni polscy historycy. Z książki wyłania się bardzo kompletny obraz tych dziejów, ale zwraca się też uwagę na sprawy wciąż oczekujące wnikliwych badań.

Niestety w książce nie znajdziemy wzmianek o rycerskim rodzie Tolk von Marklingerode (vel Merklichenrade) ani o ich siedzibach w Tolko i Tołkinach. Jest za to bardzo szczegółowy opis dziejów i procesów społecznych w interesującej nas Komturii Bałgijskiej oraz w okolicach Bartoszyc, Kętrzyna i Królewca. Możemy też poznać dzieje bardzo podobnych rodów rycerskich z okolic Kętrzyna i Bartoszyc.