środa, 28 stycznia 2015

6/52
Waldemar Łysiak, Polaków dzieje bajeczne

Łysiak to nie jest do końca moja baśń, ale muszę przyznać, że każdy jego tekst daje mi do myślenia. Jestem świeżo po lekturze kronik średniowiecznych. Zrobiłem sobie z końcem 2014 taką lekturę równoległą Kroniki Thiermara (cenię ją najbardziej jako naprawdę szczegółowe i opisujące realia epoki dzieło) oraz kronik Galla Anonima, Wincentego Kadłubka, Nestora i Kosmasa. Do tego kończę czytać kontrowersyjną książkę o Wenetach jako naszych przodkach. I dlatego nowa pozycja Waldemara Łysiaka pt. Polaków dzieje bajeczne od razu mnie pociągnęła (i znów na półkę zawędrowały Listy z Rzymu oraz Handlarz bronią, które będą moimi 7/52 i 8/52).

Książka Łysiaka podejmuję ciekawy temat początków naszego państwa. Trzeba się przebić przez dziwną estetykę i dziwną ortografię (wiem, że autor ma swój gust w tej dziedzinie - ale przez to jego książki i jego artykuły w prasie są bardzo łatwo rozpoznawalne. Pewnie redaktorzy gazet rwą sobie z głowy włosy, gdy autor nie pozwala nawet przecinka zmienić - nie mówiąc już o wątpliwym guście edytorskim Waldemara Łysiaka), ale potem dzieje się już bardzo ciekawie. Autor nawiązuje do najnowszych ustaleń archeologów i historyków i pisze o tym, jak nagle i niespodziewanie w X w. pojawia się w Europie państwo Polan, późniejsza Polska. Nie w VIII czy IX w., jak do niedawna chcieli pewni polscy historycy, a właśnie bardzo późno! Łysiak pisze o ciekawych teoriach dotyczących pierwszych naszych władców - wraca do teorii normańskiej (że Mieszko był wikińskim jarlem Dagonem, a jego lag, drużyna, stał się podstawą określenia Lach, Lachy), opisuje teorię morawską (nową dla mnie), że Mieszko jest potomkiem ostatniego władcy Państwa Wielkomorawskiego, Mojmira II. I ogólnie krytykuje te teorie (moim zdaniem słusznie). Szkoda, że nie opisuje teorii, której ja jestem zwolennikiem, że "Mieszko i jego drużyna" są potomkami zeslawizowanej arystokracji sarmackiej (alańskiej), która miałaby być podstawą serbskiego i chorwackiego nazewnictwa plemiennego u Słowian Zachodnich i Południowych (znam tę teorię z książek Jacka B. Siwińskiego, Wczesne dzieje Polan, a przede wszystkim od Tadeusza Sulimirskiego i jego Sarmatów). Bardzo mi się też podobają dwa ostatnie rozdziały - jeden o swastyce jako znaku pogańskim (a nawet jako crux gammata znaku chrześcijańskim w czasach starożytnych i romańskich), który został nieprawnie przywłaszczony przez ideologię nazistowską, a był tak mocno obecny w polskiej i europejskiej heraldyce oraz symbolice czasów międzywojennych (szokiem są niektóre zdjęcia i rysunki z II Rzeczypospolitej z polskimi swastykami); drugi rozdział dotyczy Bolesława Zapomnianego, domniemanego syna Mieszka II (Łysiak przekonująco pisze o przyczynach takiego zapomnienia). A poza tym książka to grafiki, ilustracje, obrazy, zdjęcia - niesamowite bogactwo ikonografii dotyczącej omawianego okresu, której nie znajdziemy tak dobrze zebranej i opisanej w żadnej książce. No i na stronach 59-277 mamy prawdziwy poczet legendarnych władców przedmieszkowych. Łysiak podaje legendę dotyczącą danej postaci, a potem próbuje okiem historyka rozprawić się z danym mitem. Świetne to!

Ciekawa pozycja i dla miłośnika początków historii, i dla badacza idei, a nawet dla polskiego chrześcijanina lub rodzimowiercy.

Jeszcze o neopurytanizmie (głos T. A. Olszańskiego)

Przedstawiam moim drogim Gościom oraz Czytelnikom mojego blogu tekst Tadeusza A. Olszańskiego, który otrzymałem jako odpowiedź na mój wpis pt. Neopurytanizm kontra ewangeliczny 'happy-end'. Tekst TAO pochodzi z 25 stycznia b.r. Pozwalam sobie opublikować go jako dalszy ciąg ciekawej dyskusji. Jednocześnie chciałem Was poinformować, że odblokowałem możliwość komentowania mojego blogu bez potrzeby rejestrowania się (a więc Anonimowi, możecie znowu komentować - ale proszę o podpisywanie się w komentarzach). Zapraszam do komentowania tolkniętych tekstów!

Tolkien nie stworzył neognostyckiej fantazji,
a tolkieniści nie są towarzystwem miłośników magii!

Tadeusz A. Olszański pisze:

»Użycie przeze mnie terminu „neopurytanizm” wywołało, jak widzę, pewne nieporozumienia. Nie uważam się za jego autora, nie wiem czy rzeczywiście użyłem go jako pierwszy, raczej nie. Jest to określenie na tyle oczywiste, że może pojawiać się wielokrotnie. Podobnie nie dawałem jego definicji, jak sugeruje Magdalena Słaba. Skreśliłem kilka uwag związanych z rozważaniami Galadhorna nt. zagrożeń duchowych (nie używam tu cudzysłowu – one są rzeczywiste, choć często dostrzegane w niewłaściwych miejscach). Skreślę więc teraz parę szerszych – i dalszych od Tolkiena – uwag. Uprzedzam – będą to dość drastyczne niekiedy uproszczenia: właściwe naświetlenie podjętych niżej zagadnień wymagałoby obszernego eseju, którego ani nie mam czasu w tej chwili pisać, ani nie mógłbym tu zamieścić. A i tak będzie obszernie. 

Cywilizacja amerykańska podszyta jest kalwinizmem. To kalwiniści (purytanie, kwakrzy i inni) nadali jej kształt ideowy. Zaś istotą kalwinizmu jest wiara w predestynację, w to, że ostateczny los każdego człowieka został określony przed Stworzeniem Świata. W anglosaskiej Ameryce powstało też przekonanie, że to, kto został wybrany do zbawienia, kto zaś – do potępienia, można odczytać z tego, jak mu się powodzi w życiu doczesnym, i to – głównie pod względem materialnym. Znakomita religia dla kupców i przemysłowców, jedna z podstaw amerykańskiej potęgi. Bo wynika z niej, że by dowiedzieć się, do czego jesteśmy przeznaczeni (a pragniemy tej wiedzy), trzeba ze wszystkich sił starać się o pomyślność w interesach. Między innymi dlatego Amerykanie niechętnie patrzyli na dziedziczenie majątku i znaczenia: każdy powinien pracować dla siebie i za siebie. 

Kalwinizm istotnie nie przewiduje nadziei (a także nie pozostawia miejsca na miłosierdzie). Nie może być nadziei, skoro Bóg już postanowił. Ponieważ jednak człowiek koniecznie nadziei potrzebuje, pojawia się jej namiastka: niewiedza, wątpliwość. I staranie się ze wszystkich sił, by potwierdzić w doczesności to, czego pragniemy – zbawienie. Ale to nie przypadek, że bohaterowie amerykańskiej kultury popularnej tak często żegnają się ze światem słowami „do zobaczenia w piekle”. Oni są przekonani, że tam właśnie pójdą, że do tego zostali wybrani przez Boga. 

Kalwiniści silniej niż inne wyznania chrześcijańskie przyjmowali stanowisko quasi-manichejskie, potępiającym „ciało” jako sferę podporządkowaną Złemu Duchowi (ta pokusa jest obecna we wszystkich czasach, wydaje się, że nie da się jej wykorzenić). A zatem – odrzucali (nie oni pierwsi, nie oni ostatni) wszelką rozrywkę: taniec, świecki śpiew, często – świecką lekturę, „nieskromny” strój (początkowo chodziło przede wszystkim o strój wolny od przepychu), widoczne oznaki bogactwa, używanie wszelkich używek (nie tylko mormoni zakazywali picia nawet herbaty). I te wartości, te przekonania nietrudno odnaleźć także w zeświecczonej, współczesnej kulturze amerykańskiej. 

Wynikło z tego coś, o czym często dyskutujemy w związku ze strategią Tolkien Estate: komercjalizacja kultury. Nawet więcej: zwalczanie kultury jako niezależnej sfery stosunków społecznych, sprowadzanie jej do rangi jednej z branż handlu towarami i usługami. Tendencję tę widzimy także w polityce USA, w dyktowanych przez nie rozwiązaniach z zakresu prawa autorskiego. Ma ona także inne przyczyny. Ale ta jest moim zdaniem podstawowa. 

Dlaczego więc piszę o „neopurytanizmie”? Przede wszystkim dlatego, że to już przestała być tendencja religijna, że wiele jej elementów jest uzasadnianych w sposób świecki, a nawet – antyreligijny. Tradycyjna rygorystyczna etyka seksualna ustąpiła potępieniu seksu „bez zabezpieczeń” (a więc – nieczystego), ujawnienie skandalu pedofilii przyniosło potępienie wszelkiego dotyku między dorosłym a dzieckiem (dziś amerykański nauczyciel nie śmie zostać z uczniem sam na sam!), postępuje denaturalizacja ciała (gdy byłem dzieckiem, kobiety na ogół nie goliły pach, o nogach nie wspominając; dziś coraz częściej depilują się mężczyźni). Na poziomie podstawowych idei nic się nie zmieniło: ciało jest złe; skoro nie może być zanegowane, powinno być poskromione. Neopurytanizm silniej, niż dawniejszy purytanizm odrzuca też racjonalną interpretację świata stworzonego, kwestionuje naukę jako narzędzie poznania pochodzące od Boga, interpretuje wszystko, czego nie potrafi wyjaśnić, w kategoriach duchowych. Stąd m. in. rozszerzanie granic zagrożeń duchowych oraz ich absolutyzowanie, a także uznanie za jedyną możliwość obrony przed nimi całkowite ignorowanie (w środowiskach katolickich złagodzone przez możliwość czynnej obrony: modlitwy, egzorcyzmu). Tak na marginesie – ta irracjonalistyczna religijność cechuje także ruchy charyzmatyczne, skupione na emocjonalności doświadczenia religijnego. 

Byłoby jeszcze o czym pisać, ale czas kończyć. Ponad 5 tys. znaków na taki wpis to zdecydowanie za dużo. Ale jeszcze jedno muszę dodać, skoro temat został poruszony: „Podróż Bilba. Chrześcijańskie przesłanie Hobbita” Josepha Pearce'a to książka – najłagodniej mówiąc – niedobra, bałamutna, znakomicie wpisująca się w „narrację” neopurytanizmu (choć w inny jej aspekt). Szerzej zrecenzuję ją w tegorocznym numerze „Aiglosa”, na razie tylko parę cytatów: Beorn „jest związany z duchowością franciszkańską”, „pierwotne imię Radagasta (...) znaczy 'przyjaciel ptaków', co jest wyraźnym nawiązaniem do świętego Franciszka z Asyżu”, wreszcie, w kontekście słów Bilba o grzebaniu i wyciąganiu przyjaciół z wody: „cała fabuła Hobbita w swojej głębszej warstwie znaczeniowej mówi o chrzcie Bilba i jego przejściu do pełni życia”. Tu nie ma najmniejszego przymrużenia oka: Pearce intepretuje „Hobita” jako totalną chrześcijańską alegorię, jako tekst czysto dydaktyczny.«
 Tadeusz A. Olszański

(25.01.2015)

piątek, 23 stycznia 2015

ישוע


»On jest obrazem niewidzialnego Boga,
praprzyczyną wszelkiego stworzenia,
ponieważ w Nim zostało stworzone
wszystko - w niebie i na ziemi,
to, co widzialne i niewidzialne,
trony oraz rządy,
zwierzchności i władze;
wszystko zaistniało
przez Niego i dla Niego.
On sam jest przed wszystkim
i w Nim trwa wszystko
razem połączone.
On też jest Głową Ciała - Kościoła;
On jest początkiem,
pierwszym zmartwychwstałym,
aby we wszystkim mieć rangę pierwszeństwa,
gdyż w nim cała Pełnia zechciała zamieszkać,
i przez Niego pojednać ze sobą
wszystko - na ziemi i w niebie -
dzięki wprowadzeniu pokoju
za cenę krwi
przelanej przez Niego na krzyżu.«

(Kol 2,15-20; tłum. Ligii Biblijnej w Polsce)

5/52
Maciej Strutyński, Neopogaństwo

Miałem w końcu przeczytać do końca powieść kryminalną "Doktora House'a" (Hugh Laurie, Sprzedawca broni), ale jakość mocniej porywają mnie w tej części roku opracowania naukowe. Moja piąta książka w 2015 to Neopogaństwo Macieja Strutyńskiego, wydana w ramach serii religioznawczej bardzo rzetelnego jezuickiego wydawnictwa WAM (Kraków 2014). Maciej Strutyński to doktor nauk humanistycznych i adiunkt w Instytucie Religioznawstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego.

U Tolkiena we Władcy Pierścieni słowo heathen 'poganin; pogański' pojawia się tylko dwa razy i to zawsze w negatywnym kontekście: o ludziach, którzy praktykowali różne rytuały z inspiracji Cienia, z podszeptu Zła. A przecież wszyscy dobrzy bohaterowie Tolkiena to też poganie - w tym epickim świecie nie istnieje chrześcijaństwo, bo nie dokonało się tam wcielenie Boga i odkupienie świata ludzi i innych istot rozumnych. Tom Shippey pisze o Wolnych Ludach (porównując ich do prawdopodobnie pogańskiego autora Beowulfa) jako o "cnotliwych poganach". W tym dobrym "monoteistycznym świecie naturalnej teologii" (termin Tolkiena) dobrymi poganami jest i Frodo, i Aragorn, Dúnedainowie... Zwróćmy uwagę, że ci przedstawiciele "dobrego pogaństwa" nie mają świątyń i kościołów, nie mają religii rozumianej jako oddawanie czci i składanie ofiar. Tolkien pisze za to, że liczyła się u nich nadzieja i zaufanie Eru (Jedynemu Bogu; ten związek z Bogiem realizował się z pośrednictwem Archaniołów/Valarów), a jeżeli brakło nadziei, to wierność ponad nadzieję (idea bardzo herbertowska, znana z wierszy o Panu Cogito). Czytając książkę Macieja Strutyńskiego szukałem informacji, jak bardzo współcześni neopoganie bliscy są "cnotliwym poganom" w rozumieniu Tolkienowym, a na ile są owymi heathens, u których ważniejszy niż duchowość i praktykowanie dobra, jest rytualizm. To są pytania, na które szukam odpowiedzi w moich kontaktach z ludźmi przyznającymi się do neopogaństwa. 

Frodo i Sam według Jaya Johnstone'a


wtorek, 20 stycznia 2015

Ludolfina* gra na pianinie

* ludolfina to inaczej liczba π ≈ 3,14159 26535 89793 23846 26433 83279 50288 41971 69399 37510 58209 74944 59230 78164 06286 20899 86280 34825 34211 70679 82148 08651 32823 06647 09384 46095 50582 23172 53594 08128 48111 74502 84102 70193 85211 05559 64462 29489 54930 38196...

Hamburger Doskonały

Każdy może gotować! Przekonuje o tym mój kulinarny guru, Jamie Oliver. Wracamy do jego książki, która nosi taki sam tytuł, jak pierwsze zdanie mojego blogowego wpisu i zajmiemy się dzisiaj wypróbowanym już przeze mnie super przepisem na "Hamburgera Doskonałego".

Jamie w swoich książkach prosi, żeby jego przepisy przekazywać dalej. Tak też i czynię. Ale wpierw etymologia. Musi być etymologia! 
HAMBURGER pojawia się w języku angielskim już w pierwszym dziesięcioleciu XVII wieku, ale dotyczy wpierw 'hamburczyka, kogoś urodzonego w Hamburgu'. Mięsna potrawa o tej nazwie pojawia się w Anglii dopiero w 1884. Jest to po prostu "stek hamburski", ale nie wiemy dzisiaj, jakie szczególne więzy łączyły go z północnoniemieckim miastem. W USA Hamburg to główny port, z którego do Ameryki przybywają imigranci. Od 1912 hamburger to "grillowany płaski kawałek mięsa hamburgerowego w bułce". Od 1939 spotykamy skróconą nazwę burger itd.
Przepis Jamiego Olivera wykorzystałem już na moich 40. urodzinach i podczas ostatniego Sylwestra. Mam nadzieję, że smakowało gościom (bo mnie bardzo). Oto składniki (u Jamiego warto wykonywać wszystko dokładnie wg przepisu, bo on naprawdę wszystko ma przemyślane). Potrawa jest kaloryczna, ale pamiętając o moich zasadach dietetycznych, robiąc Hamburgera Doskonałego w niedzielę lub święto, jesteś całkowicie rozgrzeszony/rozgrzeszona:


6 porcji

(wszystkie składniki kupowałem w LIDL-u)

12 krakersów
8 gałązek natki pietruszki
2 czubate łyżeczki musztardy Dijon
500 g dobrej jakości mięsa mielonego wołowego
(jak się pomyliłem i kupiłem wieprzowinę, to też było smaczne)
1 duże jajko, najlepiej z hodowli naturalnej lub ekologicznej
sól morska i świeżo zmielony pieprz
oliwa
1 sałata rzymska lub masłowa
3 pomidory
1 czerwona cebula
3-4 korniszony
6 bułek hamburgerowych

opcjonalnie: 6 plasterków serca cheddar (w LIDL-u jest ok)

Przygotowanie hamburgerów

Pokrusz drobniutko krakersy (Jamie robi to w ściereczce uderzając o blat, a ja w moździerzu tłuczkiem), a następnie wsyp do dużej miski. Posiekaj drobno (przyda się nóż szefa kuchni!) pietruszkę, w tym łodyżki. Do miski wrzuć pietruszkę, musztardę i mięso. Wbij jajko i dodaj sporą szczyptę soli i pieprzu. Czystymi dłońmi ugnieć wszystko i wymieszaj! Podziel na 6 porcji (ale dla miłośników liczenia kalorii możesz z tej ilości mięsa zrobić nawet 8-10 porcji) i uformuj z każdej z nich okrągły kotlet o grubości ok. 2 cm. Skrop mięso oliwą, przełóż na talerz i wstaw do lodówki do momentu, w którym będziesz ich potrzebował (kotlety muszą trochę stężeć, musi zajść kilka procesów chemicznych). 

Smażenie hamburgerów

Proszę wyciągnąć patelnię do grlillowania! (ha ha, nie masz jeszcze takiej? Zdrowo tolknięty człowiek musi mieć patelnię do grillowania!). Postaw ją na 4 minuty (ale musi być czysta, bo jeżeli było na niej troszeczkę tłuszczu z poprzedniego grillowania, będziesz mieć całe mieszkanie w dymie, jak ja ostatnim razem). Teraz zmniejsz ogień. Na patelni połóż kotlety i delikatnie przyciśnij je łopatką, aby zaskwierczały i dokładnie przywarły do patelni. Czujesz zapach? Smaż 3-4 minuty z każdej strony. 

Podawanie hamburgerów

Umyj i wysusz liście sałaty, porwij te większe. Pokrój pomidory w plasterki. Obierz czerwoną cebulę i pokrój na cienkie plasterki. Pokrój korniszony wzdłuż tak cienko, jak tylko potrafisz. Wszystkie składniki ułóż na półmisku i postaw na stole razem z talerzami, sztućcami, keczupem (ja się bez niego obywam) i napojami (piwko pszeniczne albo woda z cytryną - wywal coca-colę do śmieci!). Połóż kotlety na inny talerz i przetrzyj patelnie (ostrożnie!) ręcznikiem. Połóż teraz na niej przekrojone bułki i delikatnie je przypiecz. Do tego dania świetnie smakuje siekana sałatka z awokado i ogórka (dam Wam kiedyś przepis). 


Przepis wg książki Jamiego Olivera, Każdy może gotować, str. 146


J.R.R. Tolkien, Doworst (fragmenty)

Jedna z największych tolkienowskich tajemnic. Poemat Doworst ('Czyń-Najgorzej') J.R.R. Tolkiena, który w humorystyczny ale wzorowany na średnioangielskiej poezji sposób opisuje perypetie profesorów i studentów podczas sesji egzaminów ustnych w roku 1932.
Jednym z egzaminatorów był profesor języka angielskiego z Pembroke College, John Ronald Reuel Tolkien. Razem z nim w tym roku funkcję tę pełnili prof. C. S. Lewis, prof. Wrenn i prof. Brett-Smith. Tolkien napisał poemat na 2200 słów, pięknie go wykaligrafował na modłę XIV-wiecznego rękopisu i dał oprawić w skórę. Na okładce tej książeczki, podarowanej przyjacielowi, prof. R. W. Chambersowi w Boże Narodzenie 1933, Tolkien kazał zapisać pozłacanymi literami: DO WORST QUOD J.R.R. TOLKIEN. Metrum wiersza wzorowane jest na XIV-wiecznym Widzeniu o Piotrze Oraczu (więcej informacji na Wikipedii). W średnioangielskim oryginale pierwsze wersy tamtego poematu wyglądają tak:
In a somer seson, whan softe was the sonne,
I shoop me into shroudes as I a sheep were,
In habite as an heremite unholy of werkes,
Wente wide in this world wondres to here (...)
Widzenie o Piotrze Oraczu przetłumaczył na język polski Przemysław Mroczkowski ("Polski Inkling" - więcej o profesorze tutaj). Utwór skoncentrowany jest na trzech stopniach zbliżenia człowieka do Boga: "Czyń-Dobrze", "Czyń-Lepiej" i "Czyń-Najlepiej". Parodystyczny utwór Tolkiena ukazuje to, co czynią niesforni studenci, dlatego nosi tytuł "Czyń-Najgorzej" - Doworst. W wierszu Tolkiena (z którego znamy zaledwie 18 wersów) mamy hermetyczną, zrozumiałą tylko dla znawców historii nauczania w Oksfordzie terminologię. Student Atkins wyraża wyjątkową ignorancję, co doprowadza do furii i palpitacji czterech egzaminatorów: Plato, Britonera, Regulusa i Grima.
In a summer season when sultry was the sun
With lourdains and lubbers I lounged in a hall,
And wood in his wits was each wigt as meseemed:
On his head was a hat as hard as a board.
On his neck was there knotted a noose all of white,
With bow big and broad as a butterfly's wings (...)
Sir Plato turned pale as with pang at the heart,
Cast his hood o'er his head and hid up his face.
Sir Britoner bawled forth, 'The bastard is mad!'
Sir Regulus retched and wrinkled his nose,
Sir Grim rent his gown and gulped in his throat,
Then spinfoot he sprang and sprinted to the bell,
An usher then entered and asked what he wished,
And the clerks with a clamour all cried our together:
'Hale forth this harlot and hew him with staves!
Kick him from these cloisters to Carfax and further,
Then plough him in pieces with ploughshares keen,
 As red-hot as wrath - no ruth he deserves!'

Tekst wiersza jest prawie nieznany. Rękopis jakby zaginął. Ostatnio był w posiadaniu profesora Arthura Browna z Australii. Gdy w 1942 zmarł właściciel rękopisu, prof. Chambers, książeczka znalazła się w rękach jego sekretarki, panny Winifred Husbands, która podarowała cenny artefakt profesorowi Brownowi w 1957. Nikt nie wie, co dziś dzieje się z poematem. Dlatego też nie może on być wydany, bo nigdy nie został przepisany. Oto, co w lipcu 1973 pisano o Doworst w czasopiśmie Monash Review (stamtąd cytujemy poemat oraz reprodukujemy zdjęcie rękopisu).

Sól, światło i drożdże

Św. Jan Chryzostom w "Homilii 46. o Ewangelii wg św. Mateusza" pisał:
»Drożdże ujawniają swoją siłę tylko wtedy, kiedy się je włoży do ciasta; nie tylko włoży, ale wymiesza z nim i wyrobi.«
Jesteśmy chrześcijanami. Mamy być solą ziemi i światłem świata, a nie uciekać z ziemi i oddalać się od świata. Mamy być obecni w sercu dzisiejszej filozofii i kultury, tam gdzie zdaje się tryumfować bożek komercji i nieczystości... Trzeba iść pod prąd temu, co odczłowiecza nasze społeczności. Nasza służba zakłada konstruktywny i pełen szacunku dialog z różnymi kulturami całego świata w każdej epoce (z listu br. Aloisa z Taizé). Jako ilustrację słów Jana Złotoustego proponuję dziś muzykę zespołu metalcorowego i chrześcijańskiego August Burns Red. Utwór nosi tytuł Salt and Light.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

O wyobraźni w kościele

Z listu J.R.R. Tolkiena do Christophera Tolkiena (7-8 listopada 1944):
»[wzmianka o opiece Anioła Stróża] przypomniała mi także o niespodziewanej wizji (czy też może spostrzeżeniu, które natychmiast przybrało w moim umyśle formę obrazową), którą miałem niedawno temu, gdy spędzałem pół godziny u św. Grzegorza przed Najświętszym Sakramentem, kiedy odbywało się tam nabożeństwo czterdziestogodzinne [chodzi o adorację Najświętszego Sakramentu - G.]. Ujrzałem czy też pomyślałem o Bożej Światłości, a w niej o zawieszonym pyłku (lub też milionach pyłków, z których tylko do jednego skierował się mój umysł) lśniącym bielą w pojedynczym promieniu Światłości, który podtrzymywał i oświetlał ów pyłek. (Ze Światłości nie wydobywały się pojedyncze promienie, ale istnienie pyłka i jego położenie względem Światłości samo w sobie stanowiło linię, a linia ta była Światłością). I promieniem tył był Anioł Stróż pyłka: nie coś stojącego między Bogiem i pyłkiem, lecz uosobiona sama uwaga Boga. I nie mam na myśli "personifikacji", jakiejś przenośni zgodnej ze skłonnościami ludzkiego języka, ale rzeczywistą (określoną) osobę. Ciągle nad tym rozmyślam - bo całość była niezwykle bezpośrednia i nie do uchwycenia przez niezdarny język, a już z pewnością nie to wielkie, towarzyszące jej poczucie radości ani świadomość, że ten lśniący, zawieszony pyłek jest mną (czy też każdą inną istotą ludzką, o której mógłbym pomyśleć z miłością) - i przyszło mi do głowy, że (mówię nieśmiało i nie mam pojęcia, czy coś takiego jest możliwe: w każdym razie jest zupełnie oddzielne od wizji Światłości i zawieszonego pyłka) jest to skończona paralela tego, co Nieskończone. Jako że miłość Ojca i Syna (którzy są nieskończeni i równi) jest Osobą, tak miłość i uwaga poświęcana przez Światłość pyłkowi też jest osobą (która jest zarówno tu z nami, jak i w Niebie): skończoną, lecz boską: tj. anielską. W każdym razie, najdroższy, otrzymałem pociechę, która po części przybrała tę dziwną formę, czego (jak się obawiam) nie udało mi się przekazać: tyle, że teraz mam zdecydowaną świadomość Ciebie zawieszonego i lśniącego w Światłości - chociaż Twoja twarz (jak twarze nas wszystkich) jest od niej odwrócona. Moglibyśmy jednak dostrzec blask w twarzach (i osobach traktowanych z miłością) innych.....«
Przyznam się Wam, że kościół jakoś szczególnie rozbudza i moją wyobraźnię. Nie raz w czasie podniesienia czuję jakby tąpnął cały Wszechświat, oczami wyobraźni widzę w czasie tej kulminacji liturgii, jakby pękała rzeczywistość i przedzierało przez nią nowe stworzenie. Czasem wyobrażam sobie aniołów stojących z księdzem przy ołtarzu. Na pogrzebie babci koleżanki widziałem jakby cień człowieka, który był prowadzony za rękę przez jasnego anioła z pochodnią...

Neopurytanizm kontra ewangeliczny happy-end

Neopurytanizm to w skrócie inspirowana specyficznie interpretowaną wiarą chrześcijańską niechęć i nieufność wobec współczesnej kultury i rozrywki. A może nawet więcej - może jest to brak nadziei, że w we współczesnym post-chrześcijańskim, na nowo pogańskim świecie znaleźć można ziarna prawdy. Tej złej nowinie przeciwstawiamy naszą nadzieję...

Gandalf to odpowiednik chrześcijańskiego anioła.
On nie włada magią - on włada anielską mocą (rys. Jay Johnstone)
Jay Johnstone"
Jay Johnstone"
Jay Johnstone"




Termin neopurytanizm powstał prawdopodobnie 15 stycznia b.r. w czasie dyskusji w serwisie informacyjnym Elendilion (patrz tutaj). Jego autorem jest Tadeusz A. Olszański, mój dobry znajomy, politolog i tolkienista, poeta i tłumacz, człowiek, z którego opiniami zawsze się bardzo liczę. Myślę, że termin ten może być bardzo przydatny w dyskusji o pewnej rewolucji, która prędzej czy później zacznie zjadać własne dzieci. Bo neopurytanizm rozszerza zasięg »zagrożeń duchowych« - dziś takowym jest już nie tylko joga, rock'n'roll, capoeira (o obronie sportu walki, capoeiry pisałem tutaj), wschodnie sztuki walki, medytacja, Harry Potter, ale zaczyna być literatura fantastyczna J.R.R. Tolkiena (sic!). 

Rozmawialiśmy w komentarzach na Elendilionie o kontrowersyjnym tekście Roberta Tekielego, który ukazał się jakiś czas temu w Gazecie Polskiej. W swoim eseju Tekieli, znany w Polsce "specjalista od zagrożeń duchowych" (kiedyś czynny okultysta, dziś nawrócony dziennikarz, skoncentrowany na tropieniu aktywności diabolicznej w świecie współczesnym), napisał: 
»[Powieści Tolkiena] mają gnostycki szkielet. Nie ma bowiem dobrych czarowników. Gandalf mając swoje magiczne właściwości - właściwości, które w świecie realnym mają okultyści - byłby otwarty na demona. Nie mógłby być zatem jednocześnie tak wspaniałym, pełnym cnót rycerzem.«
I podsumował:
»(...) Tolkien symbolicznie kłamie. Tworzy kłamliwy symbol. Jego pełna chrześcijańskich toposów narracja jest jak trucizna: podana w smacznym cieście jest tym bardziej niebezpieczna.«