Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 52/2016. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 52/2016. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 grudnia 2016

52/52 Igor Górewicz Miecze Europy

I jeszcze na deser jedna z ciekawszych książek, jakie udało mi się w tym roku wypatrzeć w Empiku, powstrzymać się jednak od jej kupienia i wypożyczyć z Biblioteki Śląskiej. Jestem posiadaczem pięknego miecza – daru na 40. urodziny od Bartka i Tary (miecz jest szczególny z jednego jeszcze powodu – wykuł go wiele wiele lat temu znany polski pisarz, "najlepszy bokser wśród pisarzy i najlepszy pisarz wśród bokserów", Szczepan Twardoch!). Mój miecz ma imię - Freondgyfa czyli 'Dar Przyjaciela'... Stąd też moje szczególne zaciekawienie, gdy tylko wpadną w me ręce prace o broni białej i o fechtunku.

Fajny jest koncept tej pracy – Igor Górewicz otrzymał unijny fundusz na stworzenie kolekcji "Miecze Europy" – kolekcji broni z różnych epok i stron naszego kontynentu. Z mieczami tymi znany polski popularyzator rekonstrukcji historycznej jeździ na wykłady o historii europejskiego miecza, a książka jest opisem tego zbioru. A teraz kilka zdań z opisu książki na stronie Wydawnictwa Triglav.

"Jak powstał pierwszy miecz? Jak wykuwa się damascenizowaną głownię? Czy mieczom nadawano imiona? Czym władali Rzymianie a czym rąbali Barbarzyńcy? Jak pasowano rycerzy? Co szczególnego było w mieczu Rolanda i jak wyglądał prawdziwy Ekskalibur? Czym jest miecz pierścieniowy? Czy wikingowie kuli swe miecze? Dlaczego Spartanie walczyli blisko przeciwnika?

Igor Górewicz śledzi historię i symbolikę miecza na przestrzeni 3400 lat, od jego powstania w epoce brązu do wieku XVII, kiedy przekształcił się w inne rodzaje broni. Przedstawia ewolucję technologii wykonania, kształtu, rozmiaru i sposobów użycia, znaczenie symboliczne i rytuały związane z mieczem, przybliża sylwetki najsławniejszych mieczy w historii, pokazuje proces kucia głowni damascenizowanej. Ukazuje przepływ technologii i idei przez epoki i regiony w skali kontynentu. W mieczu i jego idei bowiem ogniskuje się przebogata historia i kultura Europy. Autor wykorzystując światową literaturę przedmiotu, nie stroni od polskiego punktu widzenia. Wszystko to w nowoczesnej i estetycznej formie, z wykorzystaniem pięknych zdjęć, dziesiątek oryginalnych grafik i diagramów, układających się w zwięzłą opowieść".

Polecam!

51/52 Marcin Świetlicki, Trzynaście

Czytam teraz wiele książek, które dotyczą dziejów Gdańska, jego cechów rzemieślniczych, obywateli tego pięknego miasta w XVII i XVIII w. Ale ostatnią powieścią roku 2016, którą ukończyłem czytać jest Trzynaście Macieja Świetlickiego. W poprzednim roku przeczytałem Dwanaście za poradą mojego przyjaciela, Sławka M. I z wielką przyjemnością wróciłem do tego niezwykłego literackiego wcielenia znanego mi miasta Krakowa. Mamy znów poetycką, lekko nakreśloną, ozdobioną charakterystycznymi sformułowaniami, powtórzeniami, oryginalnymi uwagami, historię zbrodni ale też opowieść o miłości. Dokładnie dziesięć lat temu, gdy do władzy doszedł "pierwszy PiS", w maju, w ciągu trzynastu kolejnych dni wędrujemy od knajpy do baru śladami mistrza (którego zawsze wyobrażam sobie jako połączenie Kazimierza Treli i Bogusława Lindy, choć Kasia G. mówi, że dla niej mistrz to po prostu Maciej Świetlicki...). Byłem niedawno w Krakowie z Ewą i Polą i wstąpiliśmy do słynnego krakowskiego Camelotu na kawę i lody – wiedziałem, że to jest sceneria kryminałów Świetlickiego. I jeszcze Rynek, Mały Rynek, wąskie ulice wzdłuż Floriańskiej... Zupełnie inaczej widzi się te miejsca po lekturze cyklu Dwanaście, Trzynaście i – nieznanego mi jeszcze Jedenaście.

Jest intryga, jest pijaństwo, jest poezja, jest ucieczka do Warszawy, jest zagadka, są niesamowite postacie. 

Polecam!

wtorek, 13 grudnia 2016

50/52 Flawiusz Filostratos, Żywot Apolloniusza z Tiany

Dlaczego o Apolloniuszu dowiaduję się dopiero teraz? Dlaczego ten fascynujący asceta pogański, pitagorejczyk z czasów Jezusa Chrystusa objawia mi się tak późno? Kiedyś u Lewisa czytałem, że nasze wyobrażenie o pogaństwie, które kończyło się wraz z nadejściem Mistrza z Nazaretu jest z goła fałszywe – ten pogański świat z I i II w. po Chr. to nie jest tylko świat bożków, krwawych ofiar, orgii, pederastii i wszelkich bezeceństw, ale raczej świat pragnący umartwienia, ascezy, duchowej ofiary. Dzisiejszy antychrześcijanin byłby zawiedziony mędrcem pogańskim z czasów Pawła z Tarsu, bo zobaczyłby bosego, ubranego w lnianą szatę, brudnego, długowłosego jarosza i abstynenta – abstynenta od wszelkich używek, a także od seksu. Zobaczyłby świat, w którym najświatlejsi poganie odwracają się z odrazą od krwawych ofiar, od homoseksualnych praktyk, a nawet od zwykłych "spraw cielesnych" między mężem i żoną. Zobaczyłby świat, który tęskni za miłosierdziem, za spełnieniem duchowych nadziei, za tajemnicą... O takim świecie pisze Flawiusz Filostratos kreśląc przed nami apoteozę Apolloniusza z Tiany. Czytam tę książkę z wielkim upodobaniem – jest to świetny przekład Ireneusza Kani, jest tam znakomite wprowadzenie Marii Dzielskiej, delikatne ilustracje Dmitrija Szewionkowa-Kismiełowa, staranna edycja, ładne wydanie. Książka dla wtajemniczonych? Może. Niewiele o niej można poczytać w necie.

Jezus z Nazaretu? Nie, to jest Apolloniusz z Tiany
Dla mnie Apolloniusz z Tiany jest pogańską odpowiedzią na Ewangelię Jezusa Chrystusa. Wyobrażam sobie, że Apolloniusza zmyślono, żeby poganie też mieli swojego Mistrza. Nasz jest z Nazaretu, ich miał być z Tiany. I choć wrogowie Kościoła czasem argumentowali, że chrześcijanie wymyślili sobie Jezusa na wzór Apolloniusza (Jezus jest Synem Bożym, Apolloniusz synem boga, obaj narodzili się wśród znaków i cudów, obaj byli cudotwórcami itd.), to ja myślę, że było wręcz odwrotnie. W każdym razie najstarsze materialne ślady czyli pisma na temat Jezusa to już przełom I i II w., a tymczasem pierwsze teksty o Apolloniuszu powstają w III w.

Świetny tekst, który czyta się z przyjemnością. Doskonały styl i jasność myśli. I wiele ciekawych obserwacji na temat tego, jak wyglądało pogaństwo w III w. (a może nawet w I w.). Np. takie fragmenty:
Skutkiem tego osaczyła namiestnika zgraja mężczyzn, aby podpalić mu dom, choć podbiegł do posągów władcy – a uważano je wonczas za groźniejsze i świętsze niż posąg Zeusa Olimpijskiego, były to bowiem posągi Tyberiusza. W rzeczy samej powiadają, że że ktoś został oskarżony o bezbożność, gdy uderzył swego niewolnika, który nosił przy sobie srebrną drachmę z wybitym wizerunkiem Tyberiusza (...) [str. 58]
 Albo ta przygana dla "hipsterów" z II w.:
Gdy jednak usłyszał, że przy wtórze fletu oddają się teatrze frenetycznym pląsom i że w inscenizację epopei ofiarnych oraz opowieści o bogach wplatają sceny, w których jedni [mężczyźni] odgrywają Hory, drudzy Nimfy, inni zaś – bachantki, [Apolloniusz] zaczął to wszystko ganić. "Przestańcie – mówił – frywolnymi tańcami kalać pamięć zwycięzców spod Salaminy i innych spoczywających [tutaj] zacnych mężów. (...) Cóż mam jednak powiedzieć na to, że wygląda mi on raczej na pląs wiotkich dziewczątek? (...) A skąd u was te szafranowe szaty i purpurowe materie, i cała ta pstrokacizna? (...) za to wy bardziej jesteście wymuskani od kobiet Kserksesa, i ubieracie się zupełnie niedorzecznie, jak młodzieniaszkowie – wszyscy: starzy i młodzi. [str. 175]

czwartek, 8 grudnia 2016

49/52 Patrick Plew Ortsfamilienbuch Schönwalde
The earliest Tolkiens ever (16th-17th c.)

This time I want to write something in English to have wider range of my audience. Today I received a very interesting book from Germany. It is Patrick Plew's Ortsfamilienbuch Schönwalde 1608-1767 about the families which lived in a small German-speaking village in East Prussia (today in Kaliningrad Oblast) – Schönwalde (today Jarosławskoje). 

About my genealogical research of the earliest Tolkiens you can read on Elendilion (this is the collection of my texts). My general idea is that contrary to J.R.R. Tolkien's own opinion (that the Tolkien family name comes from German tollkühn, meaning "foolhardy"; cf. Tolkien's Letters, no. 349 to Mrs. E. R. Ehrhardt from 8 March 1973) the Tolkiens come from the eastermost part of the German-speaking world, from the region of East Prussia – between Tolksdorf (today Polish Tołkiny) and Schönwalde (today Russian Jarosławskoje) – and their family name is of Baltic Prussian origin (cf. Lithuanian tulkas "interpreter, spokesman"). According to German etymology dictionaries the adjective tollkühn occurs relatively late in 17th century; see DWDS: »tollkühn Adj. ‘sehr kühn, verwegen’ (17. Jh.), mnd. dulkȫne ‘unüberlegt, unbesonnen’ (15. Jh.); vgl. frühnhd. ein toller küner man (16. Jh.). – on the other hand the Tolkien family name in its earliest forms can be traced to 15th–16th century; see Tolkien (Familienname) on GenWiki where it has initial t- (Tolkyn) and not Middle Lower German d- (dulkȫne). In my opinion the Tolkien family name in 15th-century Prussia is not necessarily to be derived from German adjective "fullhardy").

Today Schönwalde in Russian Kaliningrad Oblast is in sad condition...

Patrick's Plew's book is a very important source with the earliest attested forms of the Tolkien family name. It occurs in a village Conratswalde (today Russian Konstantinowka) near Schönwalde between 16th and 18th centuries in the forms: Tolckien, Tolkckiehn, Tolckin, Tolkckyn, Tolkien, Tolkihn, Tolkühn, Tollckien, Tollckiehn, Tholkin. See the interesting pages from Patrick Plew's book. So far I cannot establish the connection between these Tolkiens from East Prussia and the oldest known ancestor of J.R.R. Tolkien – John Benjamin Tolkien (1752 - 27 January 1819) whose grave is in Clerkenwell, Greater London, England (see entry on Tolkien Gateway and his grave on FindGrave). But it is possible that in 17th–18th centuries some members of this East Prussian family migrated to other towns and villages in Northern Germany like Hamburg in Lower Saxony.

If you have any questions or suggestions feel free to write them in the comments.


wtorek, 6 grudnia 2016

48/52 B. Jastrzębski, J. Morawiecki, Cztery zachodnie staruchy

Kolejna książka, którą poznałem dzięki wymianie książek między wymianą bokserskich ciosów. Chodzi o wspomnianą już wcześniej wymianę sportowo-kulturalną, fantastyczny fenomen, którego doświadczam od dwóch lat dzięki przyjaźni z moim trenerskim guru, Sławkiem Morawskim.

Cztery zachodnie staruchy to wspaniały reportaż z dalekiej Buriacji i jeszcze dalszej Mongolii. Reportaż o duchach i szamanach Bartosza Jastrzębskiego i Jędrzeja Morawieckiego. Kolejna książka autorów Krasnojarska zero, za który otrzymali prestiżową Nagrodę im. Beaty Pawlak. Tym razem idziemy śladami szamanów miejskich, nie tych z tajgi. Mamy tu mocne zderzenie kultury pierwotnej i kultury postsowieckiej, a nawet wschodnio-kapitalistycznej. To reportaż o zderzeniu sacrum z profanum. Świetnie opisana jest ta książka na stronie wydawnictwa: "(...)książka o zderzeniu świata dawnych wierzeń z przaśną, postsowiecką współczesnością, o Buriacji dziś, o Wschodzie, religijności i poszukiwaniu duchowości w azjatyckim mieście. A także o wędrówce w głąb własnego umysłu, o zdzieraniu masek nowoczesności i tradycji. O próbie zrozumienia prawdziwości doznania religijnego, o odmiennych stanach świadomości, magii, zaczarowaniu i pułapkach kolejnych iluzji. Pułapki te zastawiane są w codzienności: w Kolei Transsyberyjskiej, w stepie, na fabrycznych placach i poradzieckich osiedlach".

Czytało się znakomicie. Polecam!

47/52 Jan Rzymełka, Sztambuch rodzinny,
czyli w poszukiwaniu własnych korzeni

Ta książka pozostanie ze mną przez lata. Bo to książka, którą się trochę czyta, ale przede wszystkim się ją pisze. Jan Rzymełka przygotował znakomite wydawnictwo dla miłośników rodzinnej genealogii, a także dla tych, którzy jeszcze nie odkryli, że mogą takimi miłośnikami zostać. Praktyczne wskazówki, jak zacząć poszukiwanie korzeni, mnóstwo porad od starego genealogicznego wygi i praktyka. A ja się tak bardzo ucieszyłem, bo od czasów liceum interesuje mnie historia mojej rodziny, a właściwie przeciekawe dzieje czterech rodów moich pradziadków, które obejmują ponad 200 lat i obszar od Podola i Galicji (Derdzińscy, Dziopakowie) po Górny Śląsk (Wolfowie, Wowrowie). Na Boże Narodzenie szykuję niespodziankę. Będzie miała coś wspólnego z ramą, z drzewem, z prezentacją dziejów siedmiu poprzednich generacji...

A do tego jaka przystępna cena! W księgarniach internetowych jest to zaledwie 20,- zł. Świetny prezent pod choinkę!

piątek, 2 grudnia 2016

46/52 Anton Oskar Klaußmann, Górny Śląsk przed laty

Książka Klaußmanna (1851-*1915, jak ja lubię to scharfes S!) została po raz pierwszy wydana w 1911. Dotyczy dzieciństwa niemieckiego dziennikarza w mojej ukochanej krainie, w moim Hajmacie, który obejmuje Szopienice, Roździeń, Janów, Mysłowice, Stary Sosnowiec... Dla Górnoślązaka ta książka ma podobny walor jak Pan Tadeusz dla kresowego Polaka: jest to historia, życie codzienne, anegdoty, zwyczaje, przegląd ciekawych postaci ze świata na pograniczu epok, ze świata utraconego. Stare czasy na pruskim Górnym Śląsku, przeciekawy opis wydarzeń od lat 60 XIX w. po początek wieku XX. To jest świat mojego prapradziadka Antona Wolfa i jego synów, Jana i Rudolfa, którzy dorastali na szopienickiej Morawie i w Roździeniu (o mojej matczynej rodzinie Wolfów piszę tutaj: Wolfingssaga).

Niesamowite są opisy szopieniczanina, który widział zza granicy Powstanie Styczniowe 1863, który przeżywał wojnę prusko-austriacką w 1866, który był świadkiem wydarzeń związanych z wojną prusko-francuską w 1870-1871, która podniosła Królestwo Prus do rangi mocarstwa europejskiego. Kocham opisy Katowic, w których stoi jeszcze nad Stawem (dzisiejsza Stawowa) wielka drewniana karczma, opisy kopalń i hut, gdzie pracowali moi przodkowie (Rudolf Wolf i Jan Wowro), opis Sosnowca w Królestwie Polskim w ramach Imperium Rosyjskiego...

Polecam wszystkim mieszkańcom naszych okolic!


45/52 Rudolf Steiner, Teozofia

Sięgnąłem po tę książkę z ciekawości, po lekturach Charlesa Williamsa, przygotowując się niejako na poznawanie twórczości kolejnego Inklinga, Owena Barfielda, który był uczniem Steinera, choć antropozofię rozwijał po swojemu, w większym zbliżeniu do chrześcijaństwa. Książka Steinera nosi podtytuł: Wprowadzenie w nadzmysłowe poznanie świata i przeznaczenie człowieka. 

Mam szacunek dla każdego poszukiwacza prawdy i książkę przeczytałem z ciekawością. Z żadnymi wnioskami profesora Rudolfa Steinera się praktycznie nie zgadzam, ale lektura ta była o tyle ciekawa, że pozwoliła mi zrozumieć, skąd na Zachodzie wzięły się różne elementy spirytyzmu, skąd tak rozpowszechniona choćby w naszym kraju wiara w reinkarnację - z czym spotykałem się szczególnie w latach 90. Steiner pyta:
"Czy w człowieku, takim, jakim jest on dziś, stojącym u bram wolności a jednocześnie w obliczu chaosu w wielu dziedzinach życia, w człowieku, którego zachodzące na świecie przemiany mogą z jednej strony zachwycać, z drugiej zaś napawać troską o przyszłość, czy w człowieku takim są siły, które umożliwiłyby mu odnalezienie drogi ku prawdzie, dobru i pięknu, dotarcie do duchowego wymiaru rzeczywistości?"
Rudolf Steiner odpowiada na to pytanie twierdząco ale inaczej niż chrześcijaństwo. Ciało astralne, karma, reinkarnacja, różne światy duchowe. I na tym zakończę moją recenzję...

... bo najlepszą lekturą po takich książkach jest Katechizm Kościoła Katolickiego.

środa, 23 listopada 2016

44/52 Teilhard de Chardin, Fenomen człowieka

W młodości mojej górnej i chmurnej byłem kreacjonistą. Kreacjonistą "młodej ziemi". Po lekturze jakiejś książki z lat 90. firmowanej przez pana Giertycha Seniora, uwierzyłem w wielki spisek ateistycznych uczonych, którzy z pomocą darwninizmu mieli zamiar podkopać fundament chrześcijaństwa i zniszczyć Kościół. Czytałem wtedy Biblię jak fundamentalista chrześcijański z USA - zupełnie literalnie, jak podręcznik nauk ścisłych, a nie tylko teologicznych i moralnych.

Dziś jestem zwolennikiem naturalistycznego ewolucjonizmu. Interpretuję go jednak jako akt kreacji Boga Stwórcy. Piszę o tym w tekście na tym blogu pt. "Ewolucja to kreacja".

W tych dawnych czasach moich młodych lektur Teilhard de Chardin był "fałszywym prorokiem" - wielkim szkodnikiem, którego się po prostu nie czyta. Z czasem jednak zauważyłem w Duchu liturgii i Wprowadzeniu w chrześcijaństwo kardynała Ratzingera (potem papieża Benedykta XVI), że moje kościelne autorytety mają współcześnie pozytywne nastawienie do tekstów de Chardina. Przy każdej Komunii Świętej pamiętam te słowa, które przeistoczoną Hostię opisują jako antycypację przebóstwionej i przemienionej materii w chrystologicznej rzeczywistości "nowego nieba i nowej ziemi", w świecie przyszłym. To mocne i ważne słowa.

Jestem po lekturze sztandarowego dzieła de Chardina pt. Fenomen człowieka. Warto poznać ten tekst. Ma tylko 250 stron, napisany jest zaangażowanym, prawie poetyckim językiem - z wielkim żarem człowieka, który tak bardzo chciał pogodzić swoją wiarę chrześcijańską z odkryciami nauki. Jak wpisać ewolucjonizm, ewolucję pierwiastków, obiektów kosmicznych, ewolucję przyrody nieożywionej i ożywionej na Ziemi, wreszcie ewolucję naczelnych, która spowodowała pojawienie się człowieka z dziejami zbawienia? Teilhard de Chardin nie jest teologiem "Boga od zapychania dziur". Człowiek ten buduje system, w którym ewolucjonizm i zbawienie są ze sobą istotowo zjednoczone. Książka jest opisem całej historii naturalnej (wg stanu wiedzy z lat 50. XX w.), a autor proponuje spojrzeć na nią tak, jakby w samej materii było od początku zapisane dążenie do ujawnienia się, uwolnienia, zrealizowania świadomości, jakby każdy atom, pierwiastek, komórka były zaprogramowane tak, że przez miliardy i miliony lat dążą wbrew entropii do pojawienia się życia, do pojawiania się w końcu świadomości. Dla Chardina człowiek jest prawdziwą Koroną Stworzenia, między światem zwierząt i ludzi jest zasadnicza granica, świadomość, ludzka refleksja pojawiają się od razu (wg Chardina tymi świadomymi ludźmi z umysłowością człowieka były już niektóre osobniki pitekantropa i sinantropa). Chardin tworzy ciekawą terminologię, do której odwołują się też późniejsi autorzy, np. termin noosfery, czyli przestrzeni, w której występuje człowiek świadomy. Chciałbym o tej książce napisać więcej ale jestem tylko czytelnikiem, który się uczy. Polecam - przeczytajcie sami.

I jeszcze jedno - oczywiście to nie jest kompletna odpowiedź na nasze wątpliwości. Sam de Chardin zdaje sobie sprawę z tego, że nie daje odpowiedzi na pytania o grzech pierworodny, o zmartwychwstanie, o Paruzję. Ja sam traktuję jego poszukiwania i jego pomysły jako propozycje, z których buduję swoją własną syntezę teologii katolickiej i współczesnej nauki opartej o ewolucjonizm Darwina.

piątek, 18 listopada 2016

43/52 Anonim (Valentin Tomberg),
Medytacje o 22 arkanach tarota

To z pewnością jedna z moich książek roku. Ezoteryka dla egzoterysty. Summa wszystkich summ. O znaczeniu tej pracy, która wbrew pozorom (tarot - toż to znane "zagrożenie duchowe"!) okazała się dla mnie ciekawą katolicką syntezą poszukiwań ludzkości, rozwinięciem moich własnych intuicji (of my inklings) dotyczących kreacji przez ewolucję i inwolucję, uzupełnieniem tego wszystkiego, co pojawiło się na mojej drodze dzięki Tolkienowi, Lewisowi, Williamsowi, Chestertonowi, najlepiej powie "Posłowie" autorstwa znanego teologa i niedoszłego kardynała Kościoła, Hansa Ursa Von Balthasara. Tekst ten nie pojawił się w polskim wydaniu Alethei ale pozwalam sobie zaprezentować go tutaj w angielskim tłumaczeniu. Pojawia się tam imię Charlesa Williamsa, a nawet Lewisa i Tolkiena! W wolnej chwili przełożę ten tekst na język polski. Zapoznajcie się z nim, bo trudno go znaleźć w internecie.

Jedyne co mnie zasmuciło, to nieortodoksyjne spojrzenie Tomberga na kwestię śmierci. Przy omawianiu arkanu XIII "Śmierć" mówi o możliwości reinkarnacji dla pewnych ludzi, którzy nie chcą oczyszczenia i unii z Bogiem (a zatem u Tomberga reinkarnacja jest złem dla człowieka, które łączy go z upadłą rzeczywistością i oddala od Boga).
_______________________________________
  
Posłowie
Cardinal Hans Urs von Balthasar

Myślący, modlący się chrześcijanin o łatwo rozpoznawalnej czystości odkrywa przed nami symbole chrześcijańskiego hermetyzmu na jego rozmaitych poziomach mistycyzmu, gnozy i magii, podejmując też tematykę Kabały i różnych elementów astrologii i alchemii. Symbole te streszczają dwadzieścia dwa tzw. "Arkana Wielkie" talii kart Tarota. Z pomocą Arkanów Wielkich autor pragnie poprowadzić nas drogą medytacyjną ku głębszej, wszechobejmującej mądrości Misterium Katolickiego.

Przede wszystkim warto wspomnieć, że tego typu próby nie znajdziemy nigdzie indziej w dziejach myśli filozoficznej, teologicznej i przede wszystkim katolickiej. Ojcowie Kościoła rozumieli mity zrodzone z pogańskiej myśli i wyobraźni jako - generalizując - zakryte przeczucie odwiecznego Logosu, który w pełni objawił nam się w osobie Jezusa Chrystusa (co jeszcze raz podjął w całej okazałości Schelling w swoich późnych pracach filozoficznych). W szczególności Orygenes - dopełniając tę tradycję myślenia - spróbował po chrześcijańsku, w świetle objawienia biblijnego objaśnić nie tylko pogańską wiedzę filozoficzną ale też "mądrość (...) władców tego świata" (1 Kor 2,6), przez którą rozumiał "sekretną wiedzę Egipcjan" (a szczególnie hermetyczne pisma ponoć napisane przez "Hermesa Trismegistosa", egipskiego boga Tota). Miał też na myśli "astrologię Chaldejczyków i Indów (...), która uchodzi za przekaz wiedzy na temat spraw nadzmysłowych" i za nic więcej niż "różnorakie nauki Greków na temat Bóstwa". Uważał też za całkiem prawdopodobne, że moce kosmiczne ("władcy tego świata") przynoszą istotom ludzkim wiedzę "nie po to, żeby ludziom poczynić szkodę ale dlatego, że sami uważają te sprawy za prawdziwe"1. Podobną ideę znajdziemy w pracach Euzebiusza z Cezarei (por. Praeparatio evangelica).

Wiadomo jak szeroko w okresie średniowiecza chrześcijańska filozofia przyjmowała wierzenia dotyczące mocy kosmicznych czyli "inteligencji" - ze źródeł arabskich i innych (rozumianych częściowo jako myśli Boga, częściowo jako myśli aniołów). Ponadto w czasach renesansu, z powodu trwającej kontynuacji tych wpływów, największe umysły epoki zajmowały się adaptacją żydowskiej, magiczno-mistycznej Kabały do wiary chrześcijańskiej. Jak się teraz dostrzega2, wielu Ojców Kościoła przyznawało honorowe miejsce wśród proroków pogańskich i mędrców tajemniczemu Hermesowi Trismegistosowi. Księgi hermetyczne krążyły wśród filozofów i we wczesnym, i w późnym średniowieczu3. Później, w czasach renesansu, Hermes Trismegistos był wysławiany jako wielki współczesny Mojżesza i jako ojciec mądrości Greków (można tu wspomnieć honorowy jego portret na posadzce Katedry w Sienie). Poeci, malarze i teolodzy czerpali z entuzjazmem i czcią z nauk Hermesa i innych źródeł pogańskiej wiedzy, rozproszonych promieni boskiego oświecenia, zwracając na nią uwagę w świecie wiary chrześcijańskiej. Jednak drugie źródło, z którego zbierano oświecenie - Kabała - było wciąż ważniejsze (sekretna, ustna tradycja Kabały jest również datowana wstecznie na czasy Mojżesza).

Hermes Trismegistos z posadzki w Katedrze w Sienie
Pierwsze dyskusje za albo przeciw sekretnym naukom Kabały sięgają XII wieku i nawróconych bądź nie nawróconych Żydów z Hiszpanii. Wśród tych, którzy później próbowali zrozumieć te nauki byli Reuchlin w Niemczech, Ficino, a szczególnie Pico della Mirandola we Włoszech4, podczas gdy niezwykły Kardynał Idzi z Viterbo (1469–1552) pragnął wyjaśnić Pismo Święte z pomocą Kabały, "metodą, która nie jest obca ale która jest wrodzona" (non peregrina sed domestica methodo)5. Zachęcony przez papieża Klemensa VII, ten gorliwy, reformatorski kardynał napisał tryskającą energią dysertację na temat "Szekiny" i zadedykował ją cesarzowi Karolowi V6. Obok tych kilku znanych nazwisk z dawnych czasów trzeba wspomnieć o całej rzeszy pomniejszych poprzedników i imitatorów.

W tym miejscu trzeba podkreślić, że choć wspomniana wędrówka w głąb sekretnych nauk o pogańskim i żydowskim pochodzeniu inspirowana była duchem humanizmu, w nadziei na wniesienie nowego życia w zesztywniałą teologię chrześcijańską przez zebranie rozproszonego objawienia i oświecenia, nikt nie wątpił, że mimo różnic wszystko to mogłoby być uzgodnione z prawdziwą wiarą chrześcijańską. Pico w szczególności nie dążył do synkretyzmu, co jasno wyłożył w następujących słowach: "Na czole noszę imię Jezusa Chrystusa i dałbym się zabić za wiarę w Niego. Nie jestem ani magiem, ani żydem, ani izmaelitą, ani heretykiem. Czczę tylko Jezusa, a Jego krzyż noszę na moim ciele"7. Autor naszych Medytacji... mógłby również potwierdzić te śluby wierności.

Istnieją inne historyczne przykłady analogiczne do tych o zbieraniu i dostosowywaniu wiedzy hermetycznej i kabalistycznej do myśli biblijnej i chrześcijańskiej. Przede wszystkim przeniesienie chasydyzmu we współczesny horyzont myśli Martina Bubera (chasydyzm jest głęboko zainspirowany przez Kabałę). Jednak równie silna w swojej stwórczej mocy transformacji jest inkorporacja chrystozofii Jakuba Boehme to katolickiej koncepcji świata u filozofa Franza von Baadera. Trzecie, mniej wyraziście wyodrębnione przeniesienie zostanie zakomunikowane krótko: chodzi o starożytną alchemię/magię w królestwie psychologii głębi C. G. Junga. Nasze Medytacje o 22 arkanach Tarota wpisują się w tradycję wielkich osiągnięć Pico della Mirandoli i Franza von Baadera ale są od nich niezależne. Mistyczne, magiczne, okultystyczne dopływy, które zbiegają się w strumień tych medytacji obejmują dużo więcej - zbieg ich wód w tym strumieniu, pełnym ruchu, staje się wewnętrznie jednością kontemplacji chrześcijańskiej.

II.

Jest znaczące, że Medytacje przyjmują jako punkt wyjścia prastare symboliczne obrazy kart Tarota. Oczywiście autor wie o magiczno-wróżebnym zastosowaniu tych kart. Jednak choć nie stara się unikać wieloznacznego terminu "magia", w Medytacjach nie interesuje go zupełnie praktyka "kładzenia kart" (kartomancja). Dla niego ważne są tylko symbole czyli właściwe znaczenie tych obrazów - pojedynczych albo we wzajemnych relacjach między nimi. Ponieważ często odwołuje się on do C. G. Junga, możemy wstępnie określić je mianem "archetypów". Jednak musimy strzec się przed interpretowaniem ich po prostu jako wewnętrzne fakty psychologiczne zbiorowej nieświadomości - tego nie robi też kategorycznie sam Jung. Mogą one równie dobrze być rozumiane jako zasady obiektywnego kosmosu; w tym właśnie miejscu dotykamy sfery "potęg i mocy", jak nazywane są one w Biblii.

Początki Tarota są niejasne, podobnie jak historyczne tło powstania jego symboli. Ich wyobrażenia zmieniały się ponadto znacznie w ciągu wieków. Próba prześledzenia ich historii aż do czasów Egipcjan i Chaldejczyków pozostaje fantazją, za to możliwe jest objaśnienie ich zastosowania i rozpowszechnienia przez skojarzenie z wędrówkami Cyganów. Najstarsze z zachowanych kart pochodzą z końca XIV w.8 Powiązanie symboli Tarota z Kabałą, astrologią i alfabetem hebrajskim to już całkiem późna historia - najpewniej dokonało się to w końcu XVIII w. Być może pierwszym, który dokonał takich skojarzeń był francuski archeolog, Court de Gébelin (1728–1784)9.

Kilka razy próbowano też dostosować Kabałę i Tarot do nauczania Kościoła katolickiego. Najbardziej szczegółową próbą tego typu była praca Eliphasa Léviego (pseudonim Abbé Alphonse-Louis Constanta), którego pierwsze dzieło (Dogme et rituel de la haute magie) ukazało się w 1854. Nasz autor dobrze zna prace Eliphasa Léviego i w swoich Medytacjach pogłębia zwykle naiwne objaśnienia tamtego dzieła. Istniały też inne duchowe strumienie - takie jak “Hermetyczny Zakon Złotego Brzasku" - których działaniem było zatrzymanie realizacji chrześcijańskiego aspektu symboli Tarota (Arthur Edward Waite, który w 1910 opublikował The Pictorial Key of the Tarot, był członkiem "Hermetycznego Zakonu Złotego Brzasku"). Wśród rozlicznych innych prób interpretacji kart Tarota należy wymienić jeszcze pracę rosyjskiego autora, P. D. Uspieńskiego. Podobnie jak nasz anonim, który do Uspeńskiego odnosi się w Medytacjach niechętnie, Uspieński był rosyjskim emigrantem, a także wpływowym nauczycielem10. W swojej pracy Nowy model świata objaśnia on grę w Tarota zgodnie z generalnymi zasadami swojego światopoglądu, częściowo w ramach religii Wschodu, a częściowo w psychologii głębi przepełnionej elementami erotycznymi.

Trzeba też wymienić wielu autorów - okultystów, teozofów i antropozofów - z którymi autor Medytacji wchodzi w dialog. Są tu tacy, których autor odrzuca za brak kompetencji i inni, od których dla kontrastu zapożycza on wartościowe dla siebie myśli, które potem włączone zostają w medytacje. Chodzi o interpretację Sefir (z Kabały) albo myśl Jakuba Boehme czy Rudolfa Steinera, zapożyczenia od Junga albo Péladana, od Papusa albo Maître Philippe'a czy wszelkich innych. Odwołuje się on też często do wielkich filozofów i teologów takich jak Tomasz z Akwinu, Bonawentura, Leibniz, Kant, Kierkegaard, Nietzsche, Bergson, Sołowiew, Teilhard de Chardin; albo do dramaturgów i poetów takich jak Szekspir, Goethe, De Coster, Cervantes, Baudelaire i wielu innych.

Podstawowe ukierunkowanie duchowe autora rozpoznajemy dzięki tym, którzy - w tradycji duchowej - stoją blisko niego. Do kogo często się odnosi, często z miłością? Wiele wiele razy pojawiają się w Medytacjach... imiona św. Antoniego Wielkiego, św. Alberta Wielkiego i św. Franciszka z Asyżu. Autor cytuje też obszernie przede wszystkim prace św. Jana od Krzyża i św. Teresy z Avila.

Zanurza się on z miłością i głęboką powagą w symbolach Wielkich Arkanów Tarota. Inspirują go one; pozwala się on nieść przez nie na skrzydłach wyobraźni, żeby dojrzeć głębie świata i duszy. Tu u tam spontanicznie jawi mu się wspomnienie czegoś znanego albo lektury z przeszłości, a czasami różne linie myśli plączą się i krzyżują wątki. Znacząca moc jego duchowej wizji leży nie tyle w detalach, co w nieuchronnej pewności, że w głębinach egzystencji znajdujemy wzajemne powiązanie wszystkich rzeczy na drodze analogii. Dzięki temu jego wizja otrzymuje jednoczącą moc wglądu, która mocno rozproszone indywidualne próby zrozumienia przyciąga w jedno miejce i układa we właściwym porządku. Dla autora ta "magiczna" zdolność nie ma nic wspólnego z despotyczną naturą istoty ludzkiej - banalną, magiczną wolą mocy, która dąży z pomocą światowych sił, żeby osiągnąć władanie nad królestwem wiedzy i w sferze przeznaczenia. Jest to raczej coś zupełnie innego. Można by to nazwać "magią łaski", magią, która wypływa wprost z samego serca misteriów wiary katolickiej. A ponieważ ta wiara nie jest i nie aspiruje do tego, żeby być magiczna, magia ta jest równoznaczna z treścią wiary: że wszystkie kosmiczne "moce i panowania" podlegają wyłącznemu królowaniu Chrytusa. Nowy Testament opisuje to podporządkowywanie się sił kosmicznych Chrystusowi jako proces, który - choć w swoich pryncypiach już osiągnięty - trwać będzie aż do końca świata11. Tym samym pojawia się niebezpieczna możliwość: kuszenie - przez ciekawość albo pragnienie władzy - przedwczesnego oddania siebie kosmicznym mocom zamiast dotrzeć do nich drogą tryumfalnego zwycięstwa Chrystusa. Właściwe podejście możliwe jest tylko przez wiarę i - ostatecznie - przez prawdziwie chrześcijańską mądrość.

Wgląd w te sprawy ma decydujące znaczenie, gdy chcemy poprawnie ocenić Medytacje (pracę, która wielu czytelników wprawi w zakłopotanie). Autor potrafi wejść w całą różnorodność nauki okultystycznej z taką swobodą i mocą, bo dla niego jest ona tylko rzeczywistością drugorzędną, możliwą do właściwego poznania tylko wtedy, gdy odnosi się ją do absolutnego misterium miłości Bożej, która manifestuje się w osobie Chrystusa. Pod żadnym pozorem nie wyobraża on sobie objawienia chrześcijańskiego jako jakiegoś typu odcisku - potencjalnych lub realnych - archetypów, czy to subiektywnych, czy obiektywnych. Jest inaczej - to raczej te archetypy jedynie tworzą kosmiczny materiał, w który ostatecznie wciela się unikalne objawienie chrześcijańskie. A ponieważ wcielenie się Bożej miłości, która staje się człowiekiem, jest ostatecznym celem ewolucji kosmosu, składają się one z pasma alegorii i wzorów schematycznych, które ogłaszają to wydarzenie na sposób "zwierciadeł i tajemnic".

Aby tę prawdę uchwycić, możemy tu nawiązać do podobnego dzieła - książki The Greater Trumps (tj. 'Wielkie Arkana [Tarota]') - mimo tego, że związane jest ono z odmiennym rodzajem duchowości. Chrześcijański autor, Charles Williams (1886–1945) - tajemniczy i bardzo uczony przyjaciel T. S. Eliota, C. S. Lewisa, Tolkiena, Dorothy Sayers - był wnikliwym myślicielem, który również głęboko badał magię Tarota i jego znaczenie dla życia religijnego. W swojej wcześniejszej powieści - The Place of the Lion (1933)12 - pozwala on platońskim ideom wejść nagle jako siły w  świat zjawisk. Wszystko uzależnione jest tam od reakcji bohaterów na te idee. Ktoś wpada w przerażenie, ktoś inny ekstatycznie zaczyna je czcić, a jeszcze innego ogarnia pragnienie, żeby je posiąść, żeby rządzić światem przy pomocy idei, wreszcie ostatni z bohaterów odnajduje jedyne właściwe wobec nich zachowanie: godząc się z przewyższającą go siłą mocy kosmicznych, poświęca się on w wolności łasce właściwej ich wewnętrznemu bytowi. The Greater Trumps (1950)13 opisuje kosmiczne zasady Tarota, które raz uwolnione, posiadają straszną, niszczycielską moc, jeżeli używa się ich jedynie w ramach czynności magicznych. Ale ostatecznie - gdy stawić muszą czoła całkowicie bezinteresownej miłości - negatywne działanie zostaje zniesione, a owe moce poddają się swojemu właściwemu Panu.

Podobnie jak to jest w przypadku autora Medytacji, tak samo w Charlesie Williamsie odkrywamy nową formę pradawnej mądrości chrześcijańskiej, która w pierwszych wiekach chrześcijaństwa walczyła z całą mocą przeciwko wszystkim formom fatalizmu - zwłaszcza przeciw astrologii - w imieniu niezależności i wolności Bożej przeciwko mocom kosmicznym. Nie zanegowano istnienia tych drugorzędnych zasad kosmicznych. Nie zanegowano też, że Opatrzność może użyć ich, żeby pokierować biegiem przeznaczenia14. Tu znowu wracamy do nauczania św. Pawła (Kol 2,15, Gal 4,3), gdzie jest mowa o "żywiołach tego świata" (czczonych przez wielu jako moce anielskie), "Zwierzchnościach i Władzach", "książętach tego świata", które traktuje się w tych tekstach jako rzeczywiście działające moce, ale które poskromione przez Chrystusa, który nad nimi zatryumfował, idą w pochodzie przed jego tryumfalnym rydwanem.

Chrześcijanom, którzy chcą badać - jako jeden z aspektów rzeczywistości świata - dziedzinę, w której działają te pochodne kosmiczne zasady,15 Williams stanowczo wskazuje, że nie jest łatwo budować tego typu nauki poza ścisłymi ramami teologii. Przedsięwzięcie takie jest dużo trudniejsze niż czysto konceptualne przeniesienie z dziedziny filozofii nie-chrześcijańskiej do domeny teologii. Historia astrologii w Cesarstwie Bizantyjskim i przez wieki kultury Zachodu ukazuje to najjaśniej. Tu wielu, którzy grali rolę uczniów czarodzieja, zostaje - wraz z ich dyletancką sztuką - złapana w egzystencjalną sieć, która grabi ich z ich chrześcijańskiej wolności (wolności przed Bogiem), co było główną troską Ojców Kościoła. Kwitnący rynek pewnego typu prasy codziennej i mnóstwo drugorzędnej literatury w interpretacji horoskopów całkowicie nie powiązanych z indywidualnymi, czyni coś jeszcze innego zastępując prawdziwą wiarę iluzorycznym zabobonem. Potrzeba tu czegoś dużo więcej niż profesjonalny trening i poważna odpowiedzialność moralna. Niezbędne tu są inne, dużo wyższe kwalifikacje: pewien szósty zmysł a także wyczucie granic tego, co może zostać zakomunikowane razem z pełną respektu i powściągliwości postawą wobec tajemniczy indywidualnej religijnej ścieżki danego człowieka. 

Medytacje o 22 arkanach Tarota to praca, która należy do dużo wyższej kategorii niż liczne przykłady drugorzędnej literatury okultystycznej. Jako całość składa się jedynie z medytacji.  Ponadto powstrzymuje się od dawania konkretnych wskazówek, jak można praktykować nauki "okultystyczne" pod egidą chrześcijańskiej mądrości. Przypuszczalnie żaden rodzaj ogólnego, egzoterycznego wskazania nie został przez autora zakwestionowany. Chodziło mu jedynie o osiągnięcie czegoś podobnego do metody Bonawentury dla wszystkich poziomów doczesnej wiedzy teoretycznej i praktycznej w jego dysertacji De reductione artium ad theologiam (Bonawentura wykazał, że wszystkie te nauki są zbieżne, gdy chodzi o wcielenie boskiego Logosu, boskiego Archetypu, od którego pozostają zależne niczym zawarte w łańcuchu, zamykając się wzajemnie jak ogniwa). Inne możliwe porównanie można znaleźć w imponującej koncepcji świata zawartej w pismach św. Hildegardy z Bingen (1098–1179). Tutaj jak zapewne nigdzie indziej moce kosmiczne (zgodnie z tym, jak je postrzegano w tamtym czasie) włączone są w wielki chrystocentryczny dramat pomiędzy stworzeniem i odkupieniem, pomiędzy niebem i ziemią. Zaprawdę w obrazie świata Hildegardy znajdują się "rzeczy, o których nie śniło się waszym filozofom, Horacy".

Dokładna analiza tego, jak daleko sięgają możliwości albo zdolności komunikacyjne chrześcijańskiej syntezy tych rozdzielonych dziedzin przekraczałaby zakres i kompetencje tego Posłowia.

Oczywiście autor zawsze z religijną sumiennością stara się trzymać środkowej ścieżki chrześcijańskiej mądrości. Wyjątkowa obfitość - blisko przedobrzenia - autentycznych i owocnych spostrzeżeń z pewnością uzasadnia wprowadzenie tych Medytacji do szerszego kręgu czytelników.

Autor pragnął pozostać anonimowy, żeby jego praca mówiła sama za siebie. Chciał uniknąć jakiegokolwiek elementu osobistego, który zakłóciłby komunikację między dziełem i czytelnikiem. Są to powody, które traktujemy z respektem.

Tłumaczone z niemieckiego wydania, Herder, Basel, 1983

 1. Orygenes, Peri Archon III,3,1–3. Tak zwani "magowie i magicy" omówieni są także w tym tekście, podobnie jak "daimony", od których istoty ludzkie "oczyszczone przez abstynencję" mogą otrzymywać natchnione przekazy.
2. S. Gasparra, “L’ermetismo nelle testimonianze dei Padri”, Studia Patristica, vol.II (Berlin, 1972), pp. 58–64.
3. L. Thorndike, A History of Magic and Experimental Science, vol.2 (New York, 1947), pp. 214–228.
4. F. Secret, Les Kabbalistes chrétiens de la Renaissance (Paris, 1964).
5. J.W. O’Malley, “Giles of Viterbo on Church and Reform”, Studies in Medieval and Reformation Thought, vol. 5 (Leiden, 1968); G. Signorelli, Il Cardinale Egidio da Viterbo, Agostiniano, umanista e riformatore (Florence, 1929); J. Blau, The Christian Interpretation of the Cabala in the Renaissance (New York, 1944).
6. Published in 1559; critical edition by F. Secret, Edizione nazionale dei Classici del Pensiero Italiano, Series II (Rome, 1959), pp. 10ff.
7. H. de Lubac, Pic de la Mirandole (Paris, 1974), pp. 90–113. Quote (p. 100) from Apologia (Opp. 1572, p. 116). There is of course another stream, deriving strongly from Joachim of Fiore, active from the Middle Ages
through the Renaissance into modern times, which aspires to elevate the dogmatic faith of the Church in the direction of a “third kingdom of the Spirit”. Henri de Lubac follows this step-by-step in his work La postérité spirituelle de Joachim de Flore (Paris, 1979), but as this is irrelevant to the work of our author, we do not need to discuss it further.
8, Before the year 1377 no authentic reference to playing cards is known from any European source, and the earliest definite reference to the Tarot cards is from the year 1442 in the Registro dei Mandati for the court of Ferrara, northern Italy (cf. M. Dummett, The Game of Tarot, London, 1980, p. 10 and p. 67).
9. Cf. S. R. Kaplan, The Encyclopedia of the Tarot (New York, 1978), p. 12: “In 1781, writing in Monde Primitif. Court de Gébelin advanced the theory that the Major Arcana cards constituted the Egyptian hieroglyphic Book of Thoth, saved from the ruins of burning Egyptian temples thousands of years ago.”
10. Ouspensky was born on March 5, 1878, in Moscow and died on October 2, 1947, in Lyne, Mendham, New Jersey. J. D. Beresford, Algernon Blackwood, Christopher Isherwood and Aldous Huxley are among those who studied under him.
11. One can refer also to the Apocalypse of John. Here it is evident that certain cosmic world-powers play a role—always a subordinate one—in the drama between God and mankind: Angels of wind, fire, water…Such an extremely mythological interpretation as that of Boll (Aus der Offenbarung Johannis. Hellenistische Studien zum Weltbild der Apokalypse, Leipzig, 1914) must be treated with caution, yet one can nevertheless concede the validity of such a background (cf. Burch, Anthropology and the Apocalypse. An Interpretation of the Book of Revelation in Relation to the Archeology, Folklore and Religious Literature and Ritual of the Near East, 1939).
12. New edition of The Place of the Lion published by W. B. Eerdmans (Grand Rapids, Michigan, 1978).
13. New edition of The Greater Trumps with a foreword by W. L. Gresham (Avon, New York, 1969).
14. For the classical theological teaching concerning destiny (fatum), cf. Thomas Aquinas, S. theol. I, q 116; C. gent. III. 93; Comp, theol. 138; Opusc. 28 de fato.
15. Cf. H. Schlier, “Mächte und Gewalten im Neuen Testament”, Quaest. Disp., vol. 3 (Freiburg, 1958).

piątek, 28 października 2016

42/52 Harry Campbell, Campbell's Weather Compendium

Bardzo angielskie dziełko - bo dziełko o pogodzie, ulubionym temacie angielskich konwersacji. Bogata, zabawna, pełna ciekawych informacji książeczka. Fakty pogodowe, pogodowe historyjki, a także zgadywanki i quizy. Książka na każdą porę roku, bo mówiąca o zmianach w sferze powietrznej na przeciągu roku. Czyli znowu coś, co dopełnia moją tegoroczną misję - znaleźć książki, które dadzą mi więcej wiedzy o zmianach w przyrodzie na przestrzeni 365 dni roku.

Za mało mamy takich książek w Polsce.

41/52 Charles Williams, Wojna w niebie

Ale się ucieszyłem, gdy dotarła do mnie wieść, że w końcu Charles Williams doczekał się polskiego tłumaczenia! I to Wojna w niebie, którą poznałem lata temu jako angielskiego e-booka. Niezastąpione wydawnictwo Esprit, które popularyzuje dziś dorobek C. S. Lewisa. A więc Williams pojawia się w Polsce w towarzystwie swojego znakomitego przyjaciela. 

To bardzo ciekawa powieść. Mógłbym takie czytać na okrągło. Thriller metafizyczny z przesłaniem chrześcijańskim. Mówi się, że mroczny opis środowiska angielskich okultystów to owoc doświadczeń Charlesa Williamsa z członkostwem w odłamie Złotego Brzasku. Mamy tajemnicze morderstwo, mamy opis anglikańskiego życia parafialnego, mamy katolickiego arystokratę z Londynu, detektywów, a wszystko w związku ze znalezieniem Świętego Graala. Jeden z niezapomnianych momentów Wojny w niebie to opis Mszy, który ma taką głębię, jest tak mocny...

Williams to świetna lektura na jesienne wieczory, gdy wyobraźnia lepiej działa. A ja mam szczerą nadzieję, że moje ulubione wydawnictwo przygotuje kolejne tłumaczenia książek tego mniej znanego Inklinga. Czekam na Wigilię Wszystkich Świętych!

40/52 Mark Walker, Annus Horribilis

Mnóstwo zabawy, dużo pożytecznej wiedzy i nostalgia za dawnymi laty, gdy uczyłem się łaciny w liceum. Kupiłem tę fajną książeczkę w rzymskiej Vindolandzie przy Murze Hadriana w Brytanii. Mark Walker jest angielskim rzecznikiem i popularyzatorem łaciny. W tej pracy możemy przypomnieć sobie historię języka Rzymian i języka Kościoła Rzymskiego, możemy poznać poprawną wymowę łaciny klasycznej i kościelnej (to jest dla mnie naprawdę zaskakujący kawałek książki - okazuje się, że w szkole uczyliśmy się raczej wymowy kościelnej, nie klasycznej), a także poznać genezę, znaczenie i ciekawe skojarzenia związane z łacińskimi sentencjami. Jest świetny rozdział o łacińskich akronimach i skrótach (taka wiedza przydaje się przy czytaniu inskrypcji w kościołach albo na zabytkowych ruinach), jest rozdział o tym, jak funkcjonuje łaciński kalendarz, o cyfrach, o łacinie ogrodników. W końcu zaskakujący - jak na angielską książkę - cały ciąg rozdziałów poświęconych katolickim hymnom, modlitwom, pieśniom po łacinie, a także napisom, które możemy znaleźć w świątyniach.

Książka napisana żywym językiem, dowcipna i inteligentna. Warto uczyć się łaciny!

39/52 Zapatrzenie. Rozmowy ze Stefanem Swieżawskim

Z sentymentem wracam do myśli profesora Swieżawskiego, którym się trochę zaczytywałem w czasach późnego liceum. Poznawałem jego wizję tomizmu (i do dziś mam jej ślad w duszy), a podczas naszych wyjazdów do Taizé brat Marek przekazał nam kiedyś rozmowę z profesorem na temat Soboru Watykańskiego II oraz wizji Kościoła, która była bliska Swieżawskiemu. Pożyczyłem sobie tę książkę z Biblioteki Śląskiej. Przeczytałem z zaciekawieniem (interesujące dla mnie było między innymi przyznanie się profesora do fascynacji teozofią w czasach jego młodości!), ale też zdałem sobie sprawę, jak jednak inaczej myślę o Kościele. Dla mnie autorytetem w tej dziedzinie jest od wielu lat Joseph Ratzinger, czyli nasz papież Benedykt XVI - a konkretnie takie prace, jak Duch liturgii. Tymczasem nadzieje profesora Swieżawskiego chyba się nie spełniają. Kościół, który był chyba dla niego inspiracją - Kościół na Zachodzie - nie wydaje spodziewanych owoców... Coraz mniej powołań, coraz więcej zamkniętych świątyń. Tymczasem w Polsce żyje i dobrze się ma nasz tradycyjny katolicyzm parafialny (Swieżawski w jednej z rozmów wyrażał nadzieję, że parafialny katolicyzm, który był według niego przeszkodą w modernizacji polskiego Kościoła, z czasem zaniknie). Ciekawa lektura, ale nie będzie miała dla mnie już takiego znaczenia, jak czytanie profesora Swieżawskiego we wczesnej młodości.

środa, 12 października 2016

38/52 Jan Dąbrowski Polska przed trzema tysiącami lat

Moja ulubiona seria archeologiczna. Ze względu na narastające w moim sercu zamiłowanie w italskich, kentumowych Wenetach, których Zbigniew Gołąb identyfikuje z nosicielami kultury łużyckiej, bardzo chciałem poznać tę książkę. I znowu pomocna okazała się Biblioteka Śląska. 

Nie jest to jakiś wybitnie opasły tom, ale książka napisana jest prostym (może niekiedy zbyt prostym) językiem, ma świetny materiał ilustracyjny, jest pracą typu "życie codzienne na ziemiach polskich w okresie...". Prezentuje historię badania kultury łużyckiej, jej charakterystykę, podział na grupy kulturowe, pokazuje poprzedników i następców tej kultury, wpisuje ją też w szerszy kontekst kultur pól popielnicowych, które funkcjonowały w naszej części Europy wtedy, gdy na Peloponezie rozwijała się kultura mykeńska. Zaskoczenie? Myślałem, że "łużyczanie" żyli sielsko i spokojnie, a tu kanibalizm, przepracowane kobiety, wielka śmiertelność dzieci, zajechane pracą zwierzęta, dziwne praktyki magiczne...

Brakuje mi w tej książce opisu teorii dotyczących identyfikacji etnicznej, językowej. Niestety nasze ziemie są słabo przebadane pod względem genetycznym... Ale cieszę się, że książkę poznałem. Od teraz zupełnie inaczej spoglądam na Górę Św. Doroty, którą widzę każdego dnia z moich północnych okien - na szczycie tej góry znajduje się łużyckie grodzisko o charakterze kultowym. Szkoda, że pan Dąbrowski nie opisał go jednak w swojej książce...

37/52 Jerzy Prokopiuk, Manifest Wolności

Pogoda sprzyja czytaniu. Kolejna "zdobycz" z Biblioteki Śląskiej. To taka pokusa, żeby zobaczyć nasze, chrześcijańskie sprawy okiem osoby z drugiej strony. A wiadomo - autor to (używając jego własnych słów) heretyk, okultysta, ezoteryk. Poza tym pan Prokopiuk to wybitny tłumacz - co dla mnie, początkującego w tym fachu, jest zawsze ciekawą sprawą. No i jako inklingologa interesuje mnie antropozofia, której wyznawcą i popularyzatorem był kolega Tolkiena i Lewisa, Owen Barfield. Manifest Wolności Prokopiuka to zbiór artykułów i wywiadów z najbardziej znanym polskim antropozofem i popularyzatorem okultyzmu (czy wiedzy tajemnej - jak kto woli). Znajdziemy tu szczegółowy wywód na temat tego, w co wierzy taki człowiek, jak Jerzy Prokopiuk. 

Często tak bywa, że człowiek jest twardym i surowym krytykiem jakiejś zastanej idei - i jawi się wtedy groźnie i bezkompromisowo. Ale gdy zaczyna opowiadać o tym, co jest jemu drogie, w co wierzy i do czego chciałby przekonać innych, to wtedy - wystawiwszy swoje serce na pociski - okazuje się miękki, prawie bezbronny. Idee, w które wierzy pan Prokopiuk, to często antypody mojej wiary - ale skrajności lubią się spotykać. Znajduję tam więc wiele ciekawych myśli, które sprawiają, że pewne swoje rzeczy muszę na nowo przemyśleć. Powiem szczerze, że byłem bardzo zdziwiony wielką znajomością przez Prokopiuka treści Pisma Świętego. Oczywiście on interpretuje znane teksty w duchu gnostycyzmu (który od starożytności do dziś jest ideowo największym zagrożeniem dla chrześcijaństwa). Dobrze znać argumenty gnozy, bo łatwiej je potem odnaleźć jako marne odpryski w kulturze popularnej, w bzdurach Dana Browna itd.

Czytam więc o gnozie i gnostykach. I mam pomysł, jak ich przekonać do ortodoksji. Wystarczy przyjąć, że demiurgiem świata (który jest ważną, negatywną postacią ich mitu - identyfikują oni go ze starotestamentalnym... Jahwe) jest... ludzkość.

To Człowiek miał w zamyśle Boga być "bogiem" stworzonego dla Człowieka wszechświata. Ale ludzie oddali swoje berło i koronę Uzurpatorowi, zbuntowanemu aniołowi. Bóg Jezus żeby zbawić świat, żeby w niego wejść musiał za zgodą najczystszej ludzkiej istoty, Maryi, stać się jednym z "demiurgów" i odkupił od Uzurpatora władzę nad wszechświatem za cenę Bożej krwi...

W ten sposób mamy Boga i demiurga, mamy wszechświat, który jest zepsuty ale wciąż dobry, mamy bramę dla Bożego działania, która jest ludzka prośba, modlitwa, akt serca, a pozostajemy w ortodoksji...

piątek, 7 października 2016

36/52 David V. Barrett, Secret Religions

Wypatrzyłem ją w ulubionej londyńskiej księgarence w South Kensington. Nie zawiodłem się. Jest to bardzo bogate kompendium na temat wszelkich dziwnych ruchów religijnych i pseudofilozofii, które władają umysłami wielu ludzi w epoce kwarków. Teozofia, antropozofia, raelianie, grupy holistyczne, współcześni okultyści, sataniści, neopoganie, scjentologia... Mnóstwo, mnóstwo dat, nazwisk, faktów, ciekawych zależności, przepływu osób z jednych ruchów religijnych do drugich. To jest właśnie ciekawe - oto na przykład teozof i być może członek brytyjskiego kręgu czarnych magów O.T.O., Rudolf Steiner, zakłada zupełnie nowy ruch - antropozofię. Oto Hubbard wpierw wpada w okultystyczne kręgi, by w końcu założyć swoją scjentologię. 

W naszych światłych czasach, w wielkich miastach, żyją czarownice i magowie. Tkają swoje czarne zaklęcia, próbują zmieniać nasz świat swoją wolą i z pomocą ciemnych sił. Dobrze o tym wiedzieć.

35/52 Ch. Björk, L. Anderson, Rok z Linneą

Kolejna moja próba znalezienia jakiejś fajnej książki o dorocznych zmianach w przyrodzie. Tym razem próba zakończyła się sukcesem! Szwedzka książka polecona mi na Facebooku przez przyjaciół, którzy mają dzieciaki zainteresowane przyrodą. Wprawdzie czekałem na książkę ponad miesiąc (bo Matras mi ją wpierw obiecał, a potem musiał zwrócić pieniądze - znalazłem ją dopiero w dobrej cenie na Allegro). Nie jest to obszerna pozycja (ok. 60 stron), ale zachwyca szatą graficzną i treścią. Każdy miesiąc to opis tego, co się aktualnie dzieje w przyrodzie, jakie ptaki i inne zwierzaki możemy spotkać, jak mądrze o danej porze bawić się z dziećmi. Np. w październiku poznajemy proces biologiczny, który powoduje, że liście zmieniają kolor i w końcu opadają, poznajemy tajemnice życia gołębia miejskiego, dowiadujemy się, co robią zwierzęta w mieście, a z dzieckiem możemy zrobić piękną koronę z liści, która przypomina mi koronę Thingola z poetyckiego opisu J.R.R. Tolkiena. Zdecydowanie piękna, pożyteczna książka, która zachwyci dziecko, ale da dużo radości również dorosłemu!

34/52 Maria Kownacka Razem ze słonkiem - złota jesień

Tyle poważnych lektur, a tu nagle książeczka dla dzieci? Ta lektura to element moich poszukiwań książki, która opowiadałaby o zmianach w przyrodzie, które każdego tygodnia mówią o upływającym czasie i o corocznym cyklu. Razem ze słonkiem to była jedna z moich pierwszych książek - a właściwie cyklu książek. Nauczyłem się czytać w wieku czterech lat między innymi dzięki Marii Kownackiej, dzięki temu, że moja mama pracowała jako wychowawca przedszkolny i tego typu piękne publikacje zawsze były obecne w moim domu. Jako dorosły człowiek, który ciągle uczy się dostrzegać piękno świata i odnajdywać Logos, który wszystko przenika, marzę o takiej jak ta książce, ale która byłaby napisana z myślą o dorosłych. Czego szukać? Kalendarza rolniczego? Poradnika dla posiadacza ogrodu? Nie - chcę znaleźć pracę, która zwróci zwykłemu dorosłemu uwagę na zmiany w przyrodzie - czy na wsi, czy w mieście. Możecie mi coś doradzić?

Fajnie było wrócić do tych pięknych ilustracji (Zbigniewa Rychlickiego i Jerzego Heintze), do lat dziecinnych, do klimatu dawnego przedszkola i szkoły podstawowej. A jednak po tylu latach książka jest już tylko książeczką dla dzieci. Szukam jednak czegoś bardziej wyrafinowanego...

33/52: Ryszard Kaczmarek Polacy w armii kajzera

Kolejna książka pożyczona ze wspaniałej kolekcji Biblioteki Śląskiej. I niezwykła lektura. Wyczerpująca, przystępnie napisana, opatrzona ciekawymi fotografiami, mapami i tabelami książka o tym mniej znanym fragmencie historii Polaków. Bardzo pouczająca lektura - takiej książki jeszcze u nas nie było!

Dla Anglików "Wielka Wojna", a dla nas tylko I wojna świadoma. Choć i dla Polaków była to hekatomba, choć na frontach tamtej wojny zginęło zapewne około pół miliona naszych rodaków, to jednak jest to temat rzadko poruszany, bo przecież aż trzy miliony młodych chłopaków o polskiej przynależności narodowej walczyły w obcych armiach. Historyk Ryszard Kaczmarek (który wcześniej napisał książkę o udziale Polaków w armii niemieckiej podczas II wojny światowej) przedstawia nam imponujące dzieło, które rozjaśnia szczegóły życia, przebieg działań bojowych, życiorysy pojedynczych żołnierzy, którzy pochodzili ze znajdujących się w Cesarstwie Niemieckim części dawnej Polski. Dla mnie książka była szczególnie ciekawa dlatego, że dotyczy też naszych górnośląskich pradziadków (choć akurat moi górnośląscy pradziadkowie byli w czasie I wojny zwolnieni od służby na froncie - jeden jako górnik, a drugi jako hutnik byli niezbędni w niemieckim przemyśle; jedyny walczący wtedy znany mi krewny to Jan Dziopek z Przemyśla, który walczył z Rosjanami w armii Franciszka Józefa i dostał się szybko do niewoli pod Gorlicami).

Czytałem z wypiekami. Książka napisana jest żywym językiem, a jednocześnie to bardzo fachowa praca historyczna. Polecam!