Tolkien Ancestry, ewangeliczny katolicyzm, inklingowska filozofia, pielgrzymowanie, slow food i makultura
wtorek, 21 czerwca 2016
20/52: Steen Eiler Rasmussen, Odczuwanie architektury
Nie planowałem kupować takiej książki. Wpadła jednak w moje ręce w niezwykłym czasie. Dopiero co wróciłem z Wielkiej Brytanii, gdzie przy okazji wyprawy tolkienowskiej wędrowaliśmy też śladami ruchu artystycznego i architektonicznego Arts & Crafts (wiecie... Morris, Ashbee, Mackintosh). Rozkochany w angielskiej sztuce użytkowej na nowy sposób, jeszcze w dniu samego powrotu, zanim pojechałem z autokaru do domu, odwiedziłem Giszowiec i Nikiszowiec (czyli Gieschewald und Nikischschacht), gdzie pod ręką mamy dokładnie to, co zakiełkowało w głowach angielskich miłośników piękna... I już kolejnego dnia w katowickim Matrasie dostrzegłem książkę - książkę przepięknie wydaną (wielki ukłon dla wydawnictwa Karakter), z obiecującym tytułem, która od razu mnie porwała.
Dużo podróżuję zawodowo, odwiedzam mnóstwo muzeów (niedawno byłem w Rijksmuseum w Amsterdamie, w National Gallery w Londynie, w Szkockiej Galerii Narodowej w Edynburgu, a kilka miesięcy temu w Prado w Madrycie, w Muzeach Watykańskich), a jednak wciąż jestem dopiero na początku drogi do poznania meandrów teorii sztuki i architektury. Ta książka bardzo otwiera na tę tematykę i pomaga zwrócić uwagę na wiele detali, które umykały mi nierozpoznane, nie wyszczególnione w czasie różnych miejskich i wiejskich wędrówek.
Odczuwanie architektury Steena Eilera Rasmussena to klasyczna pozycja poświęcona relacji architektury i zmysłów. Sam Rasmussen, prawie rówieśnik Tolkiena, był znanym duńskim architektem i urbanistą, profesorem Duńskiej Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych. W bardzo prosty, bezpośredni sposób, posiłkując się na prawie każdej stronie ciekawymi zdjęciami i rysunkami opowiada o tym, czym jest otaczająca nas przestrzeń. Książka uwrażliwia na to, jak dobra jakość przedmiotów, powierzchni, przestrzeni naszego życia zmienia nasze życie na lepsze. I jak zła architektura i sztuka potrafi życie popsuć. Rasmussena interesuje nie tylko przestrzeń, ale też kontrasty między pustką i pełnią, kolory i plany, skale i proporcje budynków. Dowiadujemy się, jak można przy pomocy dobrej architektury grać światłem i cieniem.
Książka zawiera ponad sto pięćdziesiąt fotografii, które w większości wykonał sam autor.
Podobno od kilku dziesięcioleci czytelnicy tej książki na całym świecie
zamieniają się w pasjonatów świadomego i krytycznego doświadczania
architektury. Mam nadzieję, że i ja dzięki tej książce mam taką szansę. I że swoją nową wiedzę i doświadczenie będę umiał dobrze przekazać moim uczniom, turystom, przyjaciołom.
19/52: Słowo o wyprawie Igora
Rodzice nieświadomie dali mi wikińskie imiona. Jestem Ryszard Igor, czyli mam imię Wikingów norweskich z Normandii (Rikhardur) i Wikingów szwedzkich z Rusi (Ingvarr). Lubię też wszelkie wyprawy. Dlatego od dawna już za mną chodziło to, że w końcu trzeba poznać jeden z najbardziej tajemniczych utworów wschodnioeuropejskiego średniowiecza (choć nie wszyscy tak datują ten utwór, podejrzewając fałszerstwo epoki romantyzmu) - Słowo o wyprawie Igora. Udało mi się zdobyć w bardzo fajnej cenie (około 10,- zł) pierwsze wydanie tej książki w serii Biblioteki Narodowej, w tłumaczeniu samego Mistrza Tuwima.
Utwór mnie zachwycił. Niezależnie od jego prawdziwego datowania (ja wierzę, chcę wierzyć, że to utwór średniowieczny) jest to kawał doskonałej poezji. Do tego ten niezwykły przekład! I wiecie co? Od czasu, gdy przeczytałem Słowo, nabrałem nowej miłości dla naszej rodzimej przyrody, nauczyłem się o niej mówić nowym językiem. Moim zdaniem jest to utwór pisany przez chrześcijańskiego poetę (bo co do tego też są kontrowersje) - choć występują w Słowie imiona dawnych bogów, poeta zracjonalizował ich tożsamość - wyglądają oni na przodków różnych plemion słowiańskich. Są tu i Weles, i Daźdbog, i Stribog, i Chors. Występują oni zawsze jako przodkowie różnych synów i wnuków... To bardzo ciekawe. Utwór jest poematem bohaterskim i wpisuje się mocno w to, czym pasjonuje się każdy tolknięty badacz literatury. Cieszę się, że wpadłem w odmęty tej poetyckiej Sławuty (Sławuta to poetycka nazwa Dniepru, która występuje w Słowie o wyprawie Igora - nikt chyba jeszcze o tym nie pisał, ale może być tak, że to od Sławuty pochodzi nazwa Słowian. Bo już Sławski przypuszczał, że nazwa tego ludu pochodzi od jakiejś zaginionej nazwy rzeki na terenie Prasłowiańszczyzny)
18/52: Neil MacGregor, Germany. Memories of a Nation
Wypatrzyłem cię, książko, w londyńskiej księgarni South Kensington Books (22 Thurloe St, London SW7 2LT; świetne miejsce z bardzo dobrymi cenami - polecam!). Potrzebowałem takiej książki, bo niby coś tam wiem o Niemcach i Niemczech, ale nie jest to wiedza usystematyzowana. Chciałbym się w Niemczech czuć tak swobodnie jak w Wielkiej Brytanii. Jakaś tam część mnie jest niemiecka (moja mama urodziła się w 1943 jako - przynajmniej oficjalnie - niemiecka dziewczynka o imieniu Margit). I trafiłem idealnie. Książka Neila MacGregora, byłego dyrektora Galerii Narodowej w Londynie, to podróż przez sześćset lat niemieckiej historii, w której pomagają liczne artefakty, przedmioty, eksponaty. Erudycja MacGregora jest fantastyczna. Kojarzy ze sobą mnóstwo ludzi, miejsc i spraw. Książka podzielona jest na następujące rozdziały: "Gdzie są Niemcy?", "Niemcy wyobrażone", "Natarczywa przeszłość", "Made in Germany", "Droga w dół", "Żyjąc historią". Działa na wyobraźnię, prawda? Każda część to kilka rozdziałów. Jest mowa o niemieckiej kolonii hanzeatyckiej w Londynie, o widokach z Bramy Brandenburskiej przez wieki, o utraconych stolicach - Królewcu i Pradze, o narodzinach romantyzmu, o Lutrze jako ojcu języka ogólnoniemieckiego, o znaczeniu Goethego, o niemieckim piwie i kiełbaskach, o bitwie o Karola Wielkiego między Niemcami i Francuzami, o Niemcach na Wschodzie itd. Świetna, rozwijająca lektura. Polecam!
17/52: C. S. Lewis, Przebudzony umysł
Zobaczyłem tę książkę w księgarni katolickiej przy rynku w Toruniu i mówię do siebie: "Hej, nie znam cię!". Mam już dość sporą kolekcję książek Lewisa i ta pozycja bardzo mnie zaskoczyła. A gdy książkę otwarłem, to bardzo ucieszyła!
C. S. Lewis to oczywiście jeden z wielkich chrześcijańskich myślicieli i publicystów XX wieku, znakomity Inkling, przyjaciel Tolkiena, mistrz wyobraźni. Odegrał wielką rolę w formacji mojego własnego światopoglądu - pierwsza książka, z którą się spotkałem chyba w 1988, po śmierci mojego drogiego Taty, to były Ziarna paproci i słonie. Kolejna to Bóg na ławie oskarżonych. Bardzo mi się spodobał styl Lewisa, jego argumentacja oparta na logice. Trzeba grubego notatnika, żeby wynotować wszystkie cenne myśli, aforyzmy, alegorie, argumenty, które rozsiane są w jego przebogatej publicystyce. Tyczasem Przebudzony umysł
to taki właśnie bogaty zbiór myśli chrześcijańskich pochodzących z najróżniejszych dzieł
tego wybitnego pisarza! Cenna antologia!
Antologia ta uporządkowana jest w następujący sposób: "Natura człowieka", "Świat moralny", "Biblia", "Trójca", "Grzech", "Chrześcijańskie zobowiązanie", "Piekło i niebo", "Miłość i seks", "Przyroda" i "Świat pochrześcijański". W każdym rozdziale dziesiątki fragmentów książek Lewisa - od jego apologetyki po powieści. Wszystko w jednym miejscu! Genialne!
Antologia ta uporządkowana jest w następujący sposób: "Natura człowieka", "Świat moralny", "Biblia", "Trójca", "Grzech", "Chrześcijańskie zobowiązanie", "Piekło i niebo", "Miłość i seks", "Przyroda" i "Świat pochrześcijański". W każdym rozdziale dziesiątki fragmentów książek Lewisa - od jego apologetyki po powieści. Wszystko w jednym miejscu! Genialne!
Wyboru dokonał znany specjalista od Inklingów, popularyzator myśli Lewisa i Tolkiena, Clyde S. Kilby. Napisał on też ciekawy wstęp do tego dzieła. Myślę, że z tej książki będę szczególnie często korzystał, bo pozwala ona ogarnąć jednym spojrzeniem cały dorobek C. S. Lewisa.
A myśl Lewisa, jego argumenty i słowa pocieszenia są dziś tak bardzo potrzebne. Mnie. Wam.
gr. abraxas i łac. abracadabra
W książce Tolkiena pt. A Secret Vice, którą dopiero co recenzowałem, znajduje się ciekawy przypis na temat łacińskiej formułki magicznej abracadabra. A że pojawia się w tym przypisie nazwa biura podróży, w którym od lat pracuję (Biuro Podróży "Abraksas"), spieszę z przekazaniem jej treści.
Rzymianie, gnostycy i średniowieczni okultyści uważali słowo abracadabra za słowo mocy. Tworzyli amulety, na których zapisywano je w formie specyficznego trójkąta (patrz obok). Jest kilka teorii na temat pochodzenia tego słowa. Być może wymyślił je rzymski mędrzec Serenus Sammonicus w II w. po Chr. na podstawie greckiego słowa abraxas (i tutaj uwaga!), które w systemie numerologii alfabetycznej ma szczególne znaczenie, bo jego litery sumują się do wartości 365 - pełnej liczby dni w roku. Termin abracadabra może też pochodzić od semickiego określenia ab 'Ojciec', ben 'Syn' i ruach hakodesh 'Duch Święty' - byłaby to więc magiczna trawestacja najprostszej chrześcijańskiej inwokacji.
Jest jeszcze teoria, która mówi, że abracadabra pochodzi od aramejskiego avra kadavra 'powstanie to na głos moich słów' albo 'stanie się, jak zostało powiedziane'.
Przez stulecia formuła ta stawała się coraz bardziej błaha i traciła swoją powagę. Dziś używają jej chyba tylko iluzjoniści...
poniedziałek, 20 czerwca 2016
16/52: J.R.R. Tolkien, A Secret Vice,
czyli czy warto dowiedzieć się czegoś o Fonwegii
Książka, o której już zawsze będę myślał jako o pamiątce z naszej Tolkienowskiej Wyprawy do Anglii i Szkocji Śladami Tolkiena (maj 2016). Kupiłem ją w ogromnej księgarni Waterstonesa w królewskim Yorku. Pochłonąłem z zainteresowaniem w dwa popołudnia. To nie jest praca całkiem w Polsce nieznana. Esej o sztuce tworzenia własnych języków artystycznych (inaczej "linguopeja") pod tytułem "Tajony nałóg" znalazł się wśród tekstów Tolkiena, które dla wydawnictwa Zysk i S-ka przełożył w tomiku Potwory i krytycy Tadeusz Andrzej Olszański.
A jednak w tym roku dzięki redaktorskiej pracy kolejnego już pokolenia badaczy dzieła Tolkiena - Dimitry Fimi i Andrew Higginsa - otrzymujemy krytyczne wydanie znanego manifestu językotwórstwa z dołączonymi innymi bardzo ciekawymi tekstami. Oto A Secret Vice. Tolkien on Invented Languages wydawnictwa HarperCollins.
"Tajony nałóg" wraz z "O baśniach" to dwa najważniejsze teksty, które odsłaniają nam motywy i metody Tolkienowej twórczości subkreacyjnej (wtórstwórczej - chodzi o człowieka-artystę jako drugorzędnego stwórcę w stosunku do Pierwotnego Stwórcy - Boga). Tekst eseju pochodzi z lat 30. XX w. W listopadzie 1931 Tolkien doniósł "Tajony nałóg" do stowarzyszenia literackiego Kolegium Pembroke w Oksfordzie. Po poprawkach i sporych zmianach tekst ten został opublikowany przez Christophera Tolkiena we wzmiankowanym już zbiorze Potwory i krytycy z 1983 (polskie wydanie - 2000 r.).
W obecnym wydaniu dwoje badaczy tolkienowskich - Dimitra Fimi i Andrew Higgins - przedstawiają nam tekst "Tajonego nałogu" w jego pierwotnej formie, a do tego dołączają szereg nieznanych wcześniej szkiców i uwag wraz ze sporych rozmiarów wprowadzeniem na temat inwencji lingwistycznej Tolkiena. Całość uzupełniają liczne bardzo ciekawe przypisy. Po raz pierwszy opublikowano też w tym wydaniu nieznany wcześniej esej Tolkiena pt. "Essay on Phonetic Symbolism" ("Esej o symbolizmie fonetycznym"), w którym Profesor rozważa powiązania między dźwiękową formą wyrazu, a jego znaczeniem. Bardzo to odkrywcze! Bardzo inspirujące. Podobał mi się ten fragment, w którym Profesor teoretyzuje, że słowo mama może być związane z dźwiękiem, który dziecko wydaje, gdy ssie matczyne mleko.
W fajnym tekście na stronach Tolkien Society Dimitra Fimi opisała zawartość książki w formie "18 powodów, dla których warto przeczytać Tajony nałóg" (patrz: 18 reasons to read "A Secret Vice: Tolkien on Invented Languages"). Oto te powody:
- z książki dowiemy się co do godziny, kiedy i gdzie Tolkien dostarczył swój tekst do Kolegium Pembroke;
- poznamy nieortodoksyjne poglądy Tolkiena na temat fonetyki;
- przeczytamy o mniej znanych zainteresowaniach Inklingów - chodzi o ich dyskusje o literaturze i poezji nowoczesnej, np. o Finneganów trenie Jamesa Joyce'a;
- poznamy nieznany wcześniej język Tolkiena - "język fonwegiański, którego używają mieszkańcy wyspy Fonwegii";
- dowiemy się o niecodziennym kontekście, w jakim Tolkien używa terminu "reprezentacja proporcjonalna";
- znajdziemy odniesienia Tolkiena do sir Richarda Pageta i Henry'ego Sweeta;
- przeczytamy, że w szkicu elfickiego wiersza o Elfach Tolkien opisuje Elfy jako Fays: “Luthien he saw as a Fay from Fayland”;
- dowiemy się o słowniczku, który Tolkien wynotował z jednego z pierwszych języków uniwersalnych;
- przeczytamy niespodziewane dla nas nazwiska modernistów brytyjskiej literatury w notatkach nobliwego Tolkiena!
- przeczytamy o wiktoriańskiej farsie przełożonej na język esperanto, w której pisze Tolkien;
- przeczytamy, jak Tolkien określa pewien współczesny język jako "mocno wysuszony" - o jaki język chodzi?
- poznamy notatki opisujące rozwój drzewa języków Tolkiena;
- poznamy kontekst, w którym Tolkien napisał: "Let's have lots of beautiful artificial languages!";
- dowiemy się, że Tolkien nazwał jeden z języków Jonathana Swifta "to przede wszystkim żart dla oka (i nie wyjątkowo udany)";
- przeczytamy, że Tolkien nazwał jeden ze swoich języków - novial - "nudnawym, efektem produkcji masowej";
- poznamy alternatywny szkic najwcześniejszego wiersza w języku, który stał się w końcu językiem quenya - chodzi o Narqelion;
- przeczytamy, że w noldorińskim wierszu Tolkien nazywa orków "kamiennotwarzymi";
- poznamy miejsce w tekście Tolkiena, gdzie w trzech wersach znalazły się terminy: Homer, Beowulf i esperanto!
Wystarczy żeby Was zachęcić?
A Secret Vice kosztuje w chwili obecnej prawie 17 funtów sterlingów. Można tę książkę kupić w każdej większej księgarni internetowej. Ale polecamy tę książkę osobom, które zajmują się badaniem twórczości. Nie dla początkujących tolkienologów!
sobota, 18 czerwca 2016
15/52: Wisława Szymborska, Czarna piosenka
Czasem wizyta w Lidlu może się okazać niespodziewanie odkrywcza. Przy okazji pewnych wiosennych zakupów do mojego koszyka trafiła ta niepozorna książeczka pełna nieznanej mi wcześniej poezji. Czarna piosenka Wisławy Szymborskiej to tomik, który miał być debiutem młodej poetki, jednak nigdy za jej życia go nie wydano. W roku 1970 Adam
Włodek podarował jej na urodziny niezwykły prezent – zebrał wszystkie
jej wiersze z lat 1944–1948, przepisał na maszynie i opatrzył
komentarzami, a następnie wręczył wraz z listem: „Kochana Wisełko…”.
Prezent ten przechowywany był przez całe lata i dopiero w roku 2014,
opatrzony wstępem Joanny Szczęsnej, trafia do rąk czytelników poezji
Wisławy Szymborskiej.
Mam słabość do wyznań ludzi oddanych idei. W tomiku Czarna piosenka znajdziemy dobrą poezję, ale też pewną interesującą dokumentację, będącą dowodem zaangażowania młodej powojennej inteligencji w ideologię lewicową, komunistyczną. Nie dziwię się, że ta poezja jest mniej znana... Warto poznać, żeby lepiej zrozumieć zły czas stalinizmu...
piątek, 17 czerwca 2016
14/52: Robert Graves, Król Jezus
Jedna z najciekawszych powieści Gravesa. I choć jest to herezja herezji (to między innymi z tej książki czerpał brudnymi dłońmi Dan Brown pisząc swój Kod da Vinci), to postać Jezusa jest w tej książce naprawdę pozytywna. Autor bazuje głównie na antychrześcijańskim dziełku żydowskim pt. Toledot Jeszu (o tej niefajnej książce nie powiedzą ci w szkole, ani nie znajdziesz jej kopii w Muzeum Żydów Polskich - a warto wiedzieć, że jest to pseudo-apokryf, który wielu pobożnych żydów czyta w tzw. Nittel Nacht - przewrotne antyświęto, które obchodzi się w naszą Wigilię Bożego Narodzenia) i na gnostyckich apokryfach - a książka służy między innymi temu, żeby opisać koncepcję Bogini (w którą Graves gorąco wierzył i gorąco jej służył) i historię jej klęski w świecie Zachodu. Książka ta to ezoteryka. Żeby dobrze zrozumieć Króla Jezusa, trzeba mieć już za sobą dużo innych lektur, opracowań na temat sekt wczesnochrześcijańskich i rozlicznych herezji. Ja akurat jestem świeżo po lekturze Apokryfów Nowego Testamentu (Wydawnictwo WAM). Miałem zatem świetną zabawę, znajdując źródła różnych wątków u Gravesa.
Król Jezus czytany przez chrześcijanina? Trudna lektura. Wymaga otwartej głowy i mocnej wiary. Bo kto wie, jaki ślad w duszy zostawi?
13/52: Baśnie Braci Grimm dla dorosłych i młodzieży
Wychowałem się na Baśniach Andersena. I byłem przekonany, że piękno baśni polega na tym, że przenika je niewysłowiony smutek. Pewnie taka lektura (a czytałem Andersena samodzielnie od czwartego roku życia!) nakierowała mnie potem na romantyzm (jedyne lektury, jakie przeczytałem z wypiekami w liceum, to były lektury pisarzy i poetów romantyzmu!). I dopiero dzięki Tolkienowi, dzięki jego esejowi O baśniach, zainteresowałem się bliżej Baśniami Braci Grimm. To są prawdziwe baśnie - te, które pełniły w dawnych czasach funkcję dzisiejszych thrillerów i kryminałów. I zawsze kończyły się dobrze (inaczej niż wiele najpiękniejszych Baśni Andersena). To nie są opowieści dla dzieci. Bo są okrutne, straszne, ponure. Ale mają morał i dobre przesłanie. I dają nadzieję.
Philip Pullman opracował na nowo pięćdziesiąt baśni Braci Grimm. Wybrał i te najbardziej znane, i te zupełnie nie znane. Uprościł fabułę, unowocześnił język, dodał co nieco, uszczuplił co nieco. I udało mu się to znakomicie. Na końcu każdej baśni mamy krótkie naukowe wyjaśnienie motywów, porównanie z podobnymi baśniami z innych części "Laurazji"... Całość świetnie się czyta. Tylko brakuje jakichś ładnych ilustracji... Przydałby się tutaj Rackham.
W każdym razie świetny pomysł...
Subskrybuj:
Posty (Atom)









