Każda książka ma jakąś historię. Tę udało mi się kupić od Galhena za kilka groszy, gdy mój kolega likwidował swój wspaniały antykwariat w Katowicach. Byłem ciekaw, bo Graves od dawna mnie intryguje... Jego Biała Bogini albo Król Jezus mocno wpłynęły na moją wyobraźnię, choć nie są to najlepsze i najmądrzejsze książki świata. Mity greckie Gravesa zna w Polsce prawie każda oczytana osoba, choć pewnie mało kto zdaje sobie sprawę, że czytając je, staje się obiektem religijnej manipulacji - książkę tę bowiem napisał zagorzały i szaleńczo zakochany wyznawca Bogini. To samo dotyczy książki Ja, Klaudiusz. Herkules z mojej załogi to nie jest chyba najlepsza książka Gravesa. Mamy tu zapis wyprawy po Złote Runo (zresztą książka ta pojawia się też pod tytułem Wyprawa po Złote Runo) i jest to fabularyzowana wersja opowieści znanej od czasów starożytności. Mamy oczywiście mnóstwo wtrętów związanych z czczeniem Bogini (której Graves chyba poświęcił większość swojej literatury i poezji - choć nie zawsze w sposób jawny). Da się żyć bez przeczytania tej książki...
Tolkien Ancestry, ewangeliczny katolicyzm, inklingowska filozofia, pielgrzymowanie, slow food i makultura
piątek, 17 czerwca 2016
11/52: Grecko-polski Nowy Testament
Nie, nie przeczytałem tej "cegły" od deski do deski! To jest księga, którą się ma na półce i się po nią sięga. Sprawiłem ją sobie na urodziny. Marzyłem o tekście Nowego Testamentu w oryginale greckim, ale nawet nie śniłem sobie o tym, że uda mi się zdobyć aż takie wydanie. To opracowanie to prawdziwy skarb. Spójrzcie na zdjęcie poniżej. Widać tam, że cały Nowy Testament zaprezentowany jest w grece (alfabetem greckim i w łacińskiej transkrypcji) oraz dosłownym tłumaczeniu na język polski. Jeżeli interesuje Cię Słowo Boże, a do tego jesteś tolkniętym lingwistą-amatorem, to posiadanie takiego wydania może tylko cieszyć. Od dawna marzyło mi się, żeby lepiej poznać grekę (łaciny uczyłem się cztery lata w liceum). Coś niecoś wiem o greckiej gramatyce. Teraz mogę dany fragment Nowego Testamentu przeczytać sobie na głos w języku koine, którym posługiwali się Ewangeliści i Paweł z Tarsu... Super sprawa! Książka wydana jest w wielką dbałością. Ma nawet serię zakładek ze skrótami kodów gramatycznych. Można poznawać lepiej Słowo Boże, a przy okazji uczyć się greki! Eureka!
10/52
E. J. Michael Witzel,
The Origins of the World's Mythologies
Ludzkość to Laurazjaci i Gondwańczycy
Czas nadrobić blogowe zaległości. Było od kwietnia mnóstwo podróży. Ale nie było "opylania" w dziedzinie ambitnego czytelnictwa. W czasie moich wizyt w Wielkiej Brytanii (a było ich w ostatnich tygodniach aż trzy!) udało mi się zdobyć kilka ciekawych książek. Czas na recenzje.
O tej pracy przeczytałem wpierw u kolegi Studyty Arseniusza. Sprowokowała ona nas do ciekawej dyskusji na Facebooku, do przeczytania recenzji. Okazuje się, że książka wydana przez Oxford University Press jest dla wielu współczesnych "politycznie poprawnych" recenzentów bardzo kontrowersyjna. A może to ich recenzje są po prostu kontrowersyjne? (oto jeden przykład: kliknij). W każdym razie książka powinna zainteresować każdego inklingologa i miłośnika pradawnych narracji, które znamy jako mity i baśnie.
Urodzony w niemieckim Schwiebus (dziś jest to pomnikiem-Chrystusa-słynący Świebodzin) profesor E. J. Michael Witzel jest specjalistą w dziedzinie sanskrytu na Uniwersytecie Harvarda. Książka pod tytułem The Origins of the World's Mythologies ('Początki mitologii świata') to praca z tych, jakie uwielbiam. Wielka summa naszej współczesnej wiedzy nie tylko na temat mitów i baśni, ale też na temat językoznawstwa, genetyki, archeologii. To - jak piszą na okładce wydawcy - najambitniejsza praca na temat mitologii, jaka pojawiła się od czasów uznanego specjalisty w tej dziedzinie, Mircei Eliadego (czy wiecie, że imię Mircea czyta się Mircza i że jest to imię pochodzenia słowiańskiego - wywodzi się od bałkańskiego Mirče?). Autor skupia się na najdawniejszych przekazach na temat wierzeń religijnych i mitologicznych opowieści, a swoimi badaniami obejmuje całą ludzkość. Co więcej, sięga w czasie 100 tysięcy lat wstecz. Odważna perspektywa! Posiłkuje się ustaleniami genetyków, dotyczącymi wędrówek ludzkości na przestrzeni ostatnich 50-70 tys. lat. Sięga też do odważnych teorii językoznawczych, które poprzez skomplikowane algorytmy starają się odtworzyć dzieje ludzkiej mowy - to już nie tylko rodzina języków indoeuropejskich czy języków Kaukazu, ale język populacji plemienia, które wywędrowało z Afryki - język, który jest pramatką wszystkich pozaafrykańskich języków świata!
Autor rodzinnie związany jest z Japonią - ożenił się z Japonką. Patrzy na świat z perspektywy Zachodu i Wschodu. Z tekstu książki wynika też, że nie jest wyznawcą jakiejś konkretnej religii. To może być zaletą, jeżeli jednocześnie autor nie ma jakichś uprzedzeń. Tutaj wydaje mi się, że poza kilkoma prztyczkami w kierunku judaizmu, chrześcijaństwa i islamu, nie jest jakoś szczególnie zainteresowany walką z religiami monoteistycznymi. To bardzo pomaga w lekturze takiemu człowiekowi jak ja. Łatwiej podążać za myślą autora.Witzel ma dar do snucia opowieści. Bardzo podobała mi się "Przedmowa", w której profesor zdaje relację z tworzenia swojej teorii. Świetny jest opis rytuałów i świętowania w Japonii i w Nepalu. Obserwując różne rytuały związane ze świętym ogniem, Witzel doświadczył żywej interrelacji między dawnymi mitami, a współczesną praktyką religijną. Zaczęło go też zastanawiać to, co może łączyć pozornie bardzo odległe geograficznie wierzenia. Badania trwały ponad czterdzieści lat. Było to żmudne zbieranie mitograficznych materiałów i początki analizy porównawczej. W latach 90. Witzel był coraz bardziej pewny, że wierzenia ludzkości można podzielić na dwie główne grupy. Jedna obejmuje Eurazję, przedkolumbijską Amerykę Północną i północną Afrykę, a druga łączy Afrykę środkową i południową, Australię i całe ciemnoskóre Południe. Profesor nazywa te dwie wielkie grupy Laurazją i Gondwaną. Omawia też czas, zanim pojawił się ten podział - nazywa go adekwatnie Pangeą. To oczywiście anachronizm, bo geologiczne i paleontologiczne terminy Laurazja, Gondwana i Pangea dotyczą epok, gdy nie było jeszcze na ziemi ludzi, ale chodzi o pewne uproszczenie, które jest neutralne terminologicznie. Gdyby Witzel nazwał te grupy kultur Północą i Południem, od razu na badania religioznawstwa porównawczego mogłyby się narzuć kategorie polityczne.
Autor rodzinnie związany jest z Japonią - ożenił się z Japonką. Patrzy na świat z perspektywy Zachodu i Wschodu. Z tekstu książki wynika też, że nie jest wyznawcą jakiejś konkretnej religii. To może być zaletą, jeżeli jednocześnie autor nie ma jakichś uprzedzeń. Tutaj wydaje mi się, że poza kilkoma prztyczkami w kierunku judaizmu, chrześcijaństwa i islamu, nie jest jakoś szczególnie zainteresowany walką z religiami monoteistycznymi. To bardzo pomaga w lekturze takiemu człowiekowi jak ja. Łatwiej podążać za myślą autora.Witzel ma dar do snucia opowieści. Bardzo podobała mi się "Przedmowa", w której profesor zdaje relację z tworzenia swojej teorii. Świetny jest opis rytuałów i świętowania w Japonii i w Nepalu. Obserwując różne rytuały związane ze świętym ogniem, Witzel doświadczył żywej interrelacji między dawnymi mitami, a współczesną praktyką religijną. Zaczęło go też zastanawiać to, co może łączyć pozornie bardzo odległe geograficznie wierzenia. Badania trwały ponad czterdzieści lat. Było to żmudne zbieranie mitograficznych materiałów i początki analizy porównawczej. W latach 90. Witzel był coraz bardziej pewny, że wierzenia ludzkości można podzielić na dwie główne grupy. Jedna obejmuje Eurazję, przedkolumbijską Amerykę Północną i północną Afrykę, a druga łączy Afrykę środkową i południową, Australię i całe ciemnoskóre Południe. Profesor nazywa te dwie wielkie grupy Laurazją i Gondwaną. Omawia też czas, zanim pojawił się ten podział - nazywa go adekwatnie Pangeą. To oczywiście anachronizm, bo geologiczne i paleontologiczne terminy Laurazja, Gondwana i Pangea dotyczą epok, gdy nie było jeszcze na ziemi ludzi, ale chodzi o pewne uproszczenie, które jest neutralne terminologicznie. Gdyby Witzel nazwał te grupy kultur Północą i Południem, od razu na badania religioznawstwa porównawczego mogłyby się narzuć kategorie polityczne.
Mapa ludzkich migracji
czwartek, 16 czerwca 2016
Moja elficka poezja (cz. 2)
Mój dobry znajomy, Maciej Lewandowski, poprosił o tenwarową wersję Listu Sama Gamgee, o którym pisałem niżej. Maćku, mówisz - masz. Oto moja wersja tego listu (z użyciem komputerowych czcionek). Żeby powiększyć, trzeba kliknąć obrazek:
Jest też inna wersja transkrypcji tengwarowej. Tym razem plik pdf przygotowany przez mojego kolegę, Gernota Katzera.
Inna gwiazda...
"Pamiętaj, ze błyszczysz także wtedy, kiedy dzięki tobie rozbłyśnie inna gwiazda."
Kalendarz "Mały Poradnik Życia 2016"
Moja elficka poezja (cz. 1)
Poetą to ja nie jestem. Ale nie mówię, że nie chciałbym być. Kilka razy próbowałem swoich sił w poezji. Raz dostałem nawet za to szóstkę w liceum. Fajna historia, choć niestety sam wiersz nie zachował się pewnie nigdzie. Pamiętam, żem napisał raz sonet w barokowym stylu, który był moją liryczną reakcją na piękny obraz El Greco... Moja pani profesor od polskiego wiersz przypięła na ściennej gazetce i tyle go widziano. Ten był chyba dość udany. Ale przepadł...
Cechą charakterystyczną mojej pseudopoetyckiej twórczości jest na pewno zabawa w konwencje i pewne odtwórstwo. Wtedy stylizowałem się na barokowego poetę, kiedy indziej pisałem tekst w stylu rap, za to wiele razy bawiłem się w poetę elfickiego, piszącego albo w melodyjnym sindarinie, albo w eleganckim języku quenya. Dziś spieszę do Was z wierszem, który napisałem dawno dawno temu na potrzeby projektu pt. List Sama Gamgee (więcej tutaj). Wiersz powstał w języku quenya, jest wzorowany na słynnym Lamencie Galadrieli z Władcy Pierścieni, autorem tego zapisu miał być Samwise Gamgee. Galadriel w Szarej Przystani miała zaśpiewać po raz ostatni w Śródziemiu, a całość w cudowny sposób spamiętał czcigodny hobbit i przekazał w swoim liście do Króla Aragorna. Mój tekst nosi tytuł Altariello Nainië Mistalondessë czyli Lament Galadrieli w Szarej Przystani. Imituje rytm i stylistykę najsłynniejszego quenejskiego tekstu samego Profesora Tolkiena.
Altariello Nainie Mistalondesse
Utwór ten ma być (marną) kontynuacją mistrzowskiego "Lamentu Galadrieli" J.R.R. Tolkiena.
Ai! telpie pendar nier rossenen,
Yéni únótime ve míri Earon!
Yéni ve linte nahtar avánier
nu halle aldar lisse-coimassava
i malinorni Lóriendesse nu laurie,
yassen lilínir i filici
ar vilya lilta entas lirinen.
Man erca órenyo ettuncuva?
An sí mapuva Ulmo ciryalma
ve sindi-falma;
Varda mentuva i Elen-estel
i en tulya me Andúne pella,
ninqui hrestannar
or menel cúna, menel rácina.
Nan merin minya lóte elanar
an sire cenin Endor teldave.
Namárie! Autalme Valinórenna,
Endórello autar! Namárie!
Polski przekład (publikuję go po raz pierwszy w historii tego utworu):
"Ach! Niby srebro deszczu łzy spadają,
długie lata niezliczone jak klejnoty Morza!
Długie lata przeminęły niby słodki lembas
kęsami zjadany w cieniu wielkich drzew,
pod złocistymi mallornami Lórien,
gdzie ptactwo treli,
a wiatr tańczy w rytm ich śpiewu.
Któż dziś wyrwie cierń z mojego serca?
Bo oto Ulmo łapie okręt nasz
na kształt wznoszącej szarej fali;
Nadziei Gwiazdę Varda pośle nam,
co poprowadzi ponad nieba nas
skrzywione, złamane - poza Zachód w dal,
ku brzegom, które białe są.
Ale ja pragnę kwiatu elanora,
bo dziś Śródziemie widzę raz ostatni.
Żegnaj! Ruszamy do Valinoru.
Opuszczamy Śródziemie. Żegnaj!"
And its English translation:
"Ah! Like silver fall the tears in the rain, long years like numberless jewels of the Sea! Long years have passed like swift morsels of the sweet lembas under lofty trees, under golden mallorns of Lórien, in which birds are singing and the air dances in their song. Who will draw a thorn out of my heart? For now Ulmo seizes our ship like a grey foaming wave; Varda shall send the Star of Hope which will lead us above heavens bending and broken beyond the West, towards white shores. But I want a flower of elanor, for today I see Middle-earth for the last time. Farewell! We leave for Valinor. We leave Middle-earth! Farewell!"
![]() |
| Francesco Amadio, "Szara Przystań" |
poniedziałek, 13 czerwca 2016
I Saw You, Poland
I saw you, Poland to pierwszy film z audiowizualnej serii Live
Where You Travel, której twórcami jest brazylijska komitywa Madrecita Filmes. Jest to wizualne podsumowanie tego, czym było doświadczenie zamieszkania w Polsce, kraju tak mocno doświadczonym przez historię najnowszą, ale też kraju, w którym twórcy wiążą przyjaźnie, wspomnienia i w którym jeszcze mocniej utwierdzili się, że warto kontynuować doświadczenie życia w różnych miejscach...
... meu viver
Skończył się dla mnie kolejny sezon capoeiry. Szykuję się do kolejnego. Pod okiem mojej trenerki personalnej - Foki - próbuję jeszcze wykrzesać coś z tego starzejącego się ciała nowe możliwości i wyrzeźbić w nim nowe kształty. I muszę się pochwalić, że są efekty! Mam nadzieję, że we wrześniu zaskoczę moich camarades. I że zrobię kolejny progres. Nie pisałem jeszcze o mojej super diecie, którą opracowała dla mnie wspaniała dietetyczka, pani Sonia z Vitaline. Mam jadłospis na cykl 2-tygodniowy. Świetnie zbilansowane, smaczne posiłki. Nigdy nie chodzę głodny, a dieta znakomicie pasuje do moich treningów. W grudniu ważyłem niestety 97 kg. Obecnie spadłem do 89 i dążę do 85 kg. Czuję się przy tym świetnie.
Niech ilustracją mojego obecnego błogostanu będzie ten fajny teledysk:
Na wszelki wypadek podaję przydatne odnośniki:
Być jak dziecko
Tak sobie myślę, że chyba dobrze dla dorosłego człowieka być jak
najbardziej podobnym do siebie samego z czasów dzieciństwa. Mam taką
teorię, że jeżeli na zdjęciach z dzieciństwa jesteśmy podobni do siebie
dziś, to znaczy, że nie ukryliśmy swojego ja pod maskami, makijażami,
tatuażami... Że życie nas nie złamało i nie zniekształciło. Że
zachowaliśmy radość, spontan i zadziwienie dziecka.
Odnajdujmy w sobie
dziecko, którym byliśmy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







