środa, 14 stycznia 2015

Wystąpienia publiczne (styczeń-luty)

W najbliższym czasie możecie mnie spotkać w Krakowie, gdzie będę opowiadał o runach w ogólności i o runach Tolkiena w szczególności (szczegóły na plakacie - zapraszam), potem 23 stycznia w bibliotece w Gliwicach (szczegóły tutaj), a 16 lutego w Katowicach-Burowcu będę opowiadał o wyprawie do Gruzji i Armenii. Zapraszam!


Śródziemie nie jest sentymentalne...

Starałem się uratować Shire i uratowałem, ale nie dla siebie. Często tak bywa (…), gdy jakiś skarb znajdzie się w niebezpieczeństwie: ktoś musi się go wyrzec, utracić, by inni mogli go zachować (WP3, str. 386-7, Muza)
Zapraszam do wysłuchania wykładu prof. Verlyn Flieger o tym, że Władca Pierścieni Tolkiena jest trudna i trzeba ją brać poważnie. Śródziemie to nie jest łatwy i przyjemny świat fantazji. Nie jest sentymentalnym uniwersum zamieszkałym przez elfy i chodzące drzewa... Jest to świat złożony, świat dwuznaczności moralnej, świat, w którym nie znajdujemy łatwych odpowiedzi. Jest to świat podobny do naszego…Pani Flieger porównuje Władcę Pierścieni z innymi książkami, które pozornie lekkie, niosą ze sobą poważne życiowe przesłanie, z Huckiem Finnem, z Buszującym w zbożu, czy z serialem Breaking Bad. Wszystkie te dzieła mówią o ludziach, których przerasta zadanie, przed którym stoją. Wykład streściłem dla Was na Elendilionie. Znajdziecie go tutaj.

sobota, 10 stycznia 2015

2/52
J.R.R. Tolkien, Drużyna Pierścienia

Na blogu jest maKultura, a ja biorę w tym roku udział w akcji "52 książki w 2015". Wprawdzie czytam w ciągu roku więcej książek, ale zobowiązałem się, że w tym roku do każdej z przeczytanych w ramach akcji, od 1/52 do 52/52 napiszę choć krótką recenzję. 

Jak tu napisać recenzję Drużyny Pierścienia? Właśnie kończę czytanie tego tomu Władcy Pierścieni w ramach czytania tej książki dzień po dniu (zobaczcie jakie są zasady takiej metody czytania - tutaj). Po raz pierwszy przeczytałem Drużynę mając jakieś 14 lat (czyli ok. 1988 r.). Potem był Powrót Króla, bo długo nie umiałem zdobyć Dwóch Wież (które ostatecznie zwędziłem z biblioteki - jeden z wstydliwych momentów w moim tolkniętym życiu). Teraz cieszę się na lekturę tej ostatniej książki, bo czytałem ją od deski do deski chyba tylko raz, lata temu. A więc czytałem i czytam epos Tolkiena dzień po dniu, idąc za wskazówkami Profesora, jeżeli chodzi o przeliczanie dni (dziś mamy 10 stycznia, co jest odpowiednikiem 16 Afteryule'a, "zagodnika" od Yule, czyli Zimowych Godów). Dopiero co wyszliśmy wczoraj z Morii, a dziś cały dzień z opaskami na oczach wędrujemy przez Lothórien. Wspaniała to metoda lektury, bo pozwala odczuć na własnej skórze i długotrwałą wędrówkę, i czas spędzony w miejscach, w których hobbici zawitali na dłużej. Gdy w przełęczy Caradhrasu panowała nieznośna śnieżyca, która uniemożliwiła Drużynie dalszą wędrówkę tą drogą, za oknem panowała burza śnieżna w Sosnowcu! Można przemedytować piękne opisy przyrody Śródziemia, zobaczyć to samo słońce i podobne niebo, jak to nad Śródziemiem. Można zastanowić się dłużej (niekiedy przez cały dzień) nad jakimś szczególnym zdaniem wygłoszonym przez Elronda, Gandalfa, Aragorna, Froda, czy choćby Sama, niby "półmędrka" (jak mówi jego imię Sam-wise 'Pół-mędrek'), a tak naprawdę swoistego "mędrca", który posługuje się mądrością ludu i prostym językiem.

W czasie tej wędrówki z bohaterami w szczególny sposób przeżyłem pobyt w Domu Iarwaina Ben-adara (znanego hobbitom jako Tom Bombadil), w Rivendell i w Lórien. Po obejrzeniu filmów, w gorączce związanej z premierę trzeciej odsłony holywoodzkiego Hobbita, ten czas spędzony w cichych, pełnych piękna krainach Elfów, był prawdziwym oczyszczeniem. Mogę teraz powiedzieć zgodnie z prawdą, że byłem 64 dni w Imladris i 32 dni w Lórien. I ujrzałem te miejsca zupełnie inaczej niż zapamiętałem je z pierwszej lektury, a szczególnie z filmów Petera Jacksona. Są one w jakiś nieuchwytny sposób święte, wypełnione światłem i ciszą. Doskonałe miejsca duchowego wytchnienia. Samotne wyspy w świecie, który pogrąża się w cieniu śmierci. Czytając o Rivendell, sięgnąłem do Księgi Zaginionych Opowieści Tolkiena, żeby przypomnieć sobie opisy Mar Vanwa Tyaliéva 'Domu Minionej Radości'. To jest to! Jednak bardzo inaczej niż w filmowym Rivendell, w którym brakuje "pustki", ciszy, medytacji, a panuje swoisty horror vacui. To samo z Lothlórien, którego puszcza, siedziby, mieszkańcy uczą nas, jak ważna jest prostota, skromne życie, ubóstwo z wyboru.

Czytanie Drużyny Pierścieni było dla mnie czasem przypomnienia sobie o podstawowych wartościach najważniejszego dzieła Tolkiena, które można praktykować też we własnym życiu (coś nie coś o tym pisałem na blogu tutaj). On sam pisał tak o odbiorze jego literatury:
»(...) zamierzony przeze mnie ton, chłodny i czysty, powinien tchnąć naszą atmosferą (klimatem i głębią północnego zachodu) (...) I odznaczać się (...) delikatnym, ulotnym pięknem (...) Powinien być «wysoki» pozbawiony prostactwa i odpowiedni dla dojrzalszego umysłu, pochodzącego z kraju od dawna zanurzonego w poezji. (...)«
(fragment Listów - czy ktoś przypomni mi, co to za list?)

piątek, 9 stycznia 2015

Sia, "Elastic Heart"


W teledysku australijskiej piosenkarki Sia tańczą Shia LaBeouf (29 lat) i Maddie Ziegler (13 lat). I to wywołuje kontrowersję.

Ja w tym wideo widzę przede wszystkim opowieść o tym, że dzieci zachowują ten sposób myślenia i podejście do świata, które traci wielu dorosłych. Że my, dorośli, mamy przed sobą zadanie przypomnienia sobie, jak zachwycaliśmy się rzeczywistością, jak świeżo na wszystko patrzeliśmy, jak realnie podchodziliśmy do życia, gdy wiedzieliśmy, że zależymy od innych i że nie jesteśmy samowystarczalni (typowa iluzja dorosłości!), gdy byliśmy dziećmi. I gdy staniemy się "jak dzieci", możemy wyjść z naszych ograniczeń.

Ale oczywiście rozumiem kontrowersje wokół tego teledysku... A co Wy sądzicie?

czwartek, 8 stycznia 2015

Smok Babelski

»A zatem Bóg staje się człowiekiem i przyjmuje ludzką naturę we wszystkim oprócz grzechu, który zresztą był tej naturze obcy. W ten sposób podsunął ciało jako przynętę dla nienasyconego smoka gotowego je pochłonąć. Ono to okazało się dlań trucizną zdolną zniszczyć go zupełnie mocą ukrytego tam Bóstwa. Dla natury ludzkiej natomiast to samo ciało stało się lekarstwem, doprowadzając ją mocą mieszkającego w niej Bóstwa do pierwotnej łaski. Jak bowiem człowiek osłabił ludzką naturę, spożywając truciznę z drzewa poznania, tak też szatan, usiłując zniszczyć ciało Pańskie, został unicestwiony mocą mieszkającego w tym właśnie ciele Bóstwa.«
św. Maksym Wyznawca

No to już wiemy, skąd nasi kronikarze wzięli opowieść o Smoku Wawelskim, który dał się nabrać i zginął próbując zeżreć pewnego szczególnego Baranka! Warto też wiedzieć, że nazwa Wawel to najprawdopodobniej po prostu biblijny Babel, czyli Babilon.


W języku staro-cerkiewno-słowiańskim Babilon to Вавилонъ [Wawiłon]. Św. Maksym Wyznawca pisze o Chrystusie jako Baranku, który pokonał Szatana, czyli Smoka. Ciekawe, że sama legenda o Smoku Wawelskim jest bardzo podobna do biblijnej opowieści o smoku babilońskim (w tym wypadku babiloński > babelski > wawelski?). Oto ona (Księga Daniela 14,23-29; w Biblii Tysiąclecia zamiast smoka jest wąż):
»Był w Babilonie wielki smok, któremu oddawano cześć. Powiedział król do Daniela: Czy i o nim powiesz, że jest zrobiony z brązu? Popatrz, przecież on i je, i pije. Nie możesz powiedzieć, że to nie jest bóg żyjący. Zechciej mu więc oddać cześć. Daniel odpowiedział: Ja czczę tylko Pana, Boga mojego. Tylko On jest Bogiem żyjącym. Jeśli mi pozwolisz, królu, zabiję tego smoka nie posługując się ani mieczem, ani nawet zwykłą pałką. I zgodził się król. Wziął tedy Daniel smoły, łoju, włosia, kazał wszystko ugotować, zrobił z tego placki, które wrzucił w paszczę smoka. Smok połknąwszy wszystko rozpękł się na dwoje. A Daniel powiedział: Oto zobaczcie teraz, komu cześć oddajecie! Kiedy Babilończycy dowiedzieli się o tym, rozgniewali się bardzo i buntując się przeciwko królowi, mówili: Nasz król stał się Żydem, bo kazał zburzyć posąg Bela i zabić smoka, wytracił również wszystkich kapłanów.«
Wiślański ośrodek kultowy na wzgórzu nad Wisłą musiał być naprawdę niezłym pogańskim Babilonem! 

środa, 7 stycznia 2015

Na Epifanię

»Dzeus, bóg Świetlistego Nieba, jest także Dzeusem-bogiem Nieba Ciemnego; i w tej to roli, jako pan ulewnej burzy, zapładnia swą małżonkę, ziemię-boginię, i staje się Ojcem boskiego Syna, którego kult, razem z rytuałami odrodzenia, z obietnicą nieśmiertelności uczył, że w mistycznej unii ludzie mogą łączyć się ze swoim bogiem, przez co wzbudził w tysiącach serc całego helleńskiego świata tęsknoty, które zaspokoić mogło tylko przyjście samego Chrystusa
Arthur Bernard Cook
[w:] Wiesław Juszczak, Realność bogów, Kraków 2002, str. 36

»I pójdą narody do twojego światła,
królowie do blasku twojego wschodu.
(...) Wszyscy oni przybędą ze Saby,
ofiarują złoto i kadzidło,
nucąc radośnie hymny na cześć Pana (...)«
(Księga Izajasza 60,2; 60,6)

Gdy do Bēṯ Leḥem, Betlejem przybywają zaratustriańscy kapłani-astrologowie Maguš, Magowie, to spotyka się niezaspokojona tęsknota milionów pogańskich serc z proroctwem Izajasza, który zobaczył jak my, goyim, my poganie, my, nie-żydowskie narody niesiemy całe "złoto" naszych kultur i całe "kadzidło" naszej naturalnej religijności Bogu, który jeden raz ogołocił Siebie z nieskończoności, wszechmocy i chwały i stał się Człowiekiem, żeby zbawić wszystkich ludzi i ich utracone, popękane królestwo Wszechświata. 

Czy jesteśmy poganami mesjanistycznymi (czyli nieżydowskimi chrześcijanami), czy po prostu poganami (wyznawcami Odynów, Światowidów czy choćby czcicielami "pieniążków", pracy, obowiązków, Ojczyzn, własnych rodzin... - to też bywają nasze bożki), ruszajmy do Jego światła, zaśpiewajmy hymn na cześć Pana, bo tylko On uleczy nasze najgłębsze tęsknoty. A gdy naprawdę uznamy Go za Pana naszego życia, zaczną się dopiero cuda...

"Adoracja [Jezusa przez] Magów", gobelin Williama Morrisa i Edwarda Burne-Jonesa
w Kolegium Exeter w Oxfordzie


U Świętej Rodziny we Wrocławiu

Ostatnie dni spędziłem we Wrocławiu. Pojechałem tam na zaproszenie moich polsko-irlandzkich przyjaciół, Barta i Tary. Zamieszkałem w ich przytulnym, very warm and cosy mieszkanku na granicy między dawnym Bischofswalde i Zimpel (dziś to dzielnice Biskupin i Sępolno). Wybaczcie mi, że często stosuję dawne nazwy na terenach, które po 1945 otrzymały nowych mieszkańców i nową toponomastykę. Lubię autentyczność i wielbię nazwy historyczne, a akurat dzisiejsze polskie nazwy na całym obszarze tzw. Ziem Odzyskanych to powojenne "chrzty", które często nie mają wiele wspólnego z prawdziwą historią tych pięknych i wartościowych historycznie ziem. A więc Zimpel i Bischofswalde... Wybaczcie.

W poniedziałek obejrzałem z Bartkiem kolejny raz Hobbita: Bitwę Pięciu Armii (Multikino w Arkadach, 48 klatek/s; jeszcze większe zadowolenie i czysta radość z oglądania filmu, który po prostu mi się podoba! Nie jako ekranizacja książki ale jako adaptacja), a w święto Objawienia Pańskiego, 6 stycznia, byłem na pięknym spacerze na nadodrzańskich wałach i w parku Szczytnickim (Scheitniger Park). A samo święto świętowałem w pobliżu domu, w którym mieszkają Tara i Bart. I tu zaczyna się kolejny wpis do mojej Liber Miraculorum. Same zbiegi okoliczności, które zebrane razem tworzą jeszcze jeden cud, wrażenie, że moją rzeczywistość dotyka Bóg. 

Wyszedłem z domu w mroźny wieczór, dziesięć minut przed godziną 18.00. Już od początku mi się podobało, że przypadło mi w tym dniu iść do kościoła pod wezwaniem Świętej Rodziny (cud numer jeden). Gdy wspominamy Magów ze Wschodu, którzy idą złożyć hołd Mesjaszowi i poznają Świętą Rodzinę, ja idę do Świętej Rodziny. No super! Zbliżam się do kościoła i nagle okolica zaczyna wydawać mi się bardzo znajoma (cud numer dwa). Pojawiają się w wyobraźni twarze znajomych, których dawno nie widziałem (cud numer trzy)... O co chodzi? 

Był rok 1995. We Wrocławiu odbywało się Europejskie Spotkanie Młodych organizowane przez moją kochaną Wspólnotę z Taizé. Przydzielono mnie wtedy z kolegą do mieszkania młodego małżeństwa i najwyraźniej było to właśnie w Sępolnie! Poznaję ten kościół! Ten właśnie kościół był naszą "bazą" podczas Europejskiego Spotkania. Dużo piękna tu przeżyłem. Do dziś słyszę moc tych kanonów i tego śpiewu... Wspaniały prezent na Epifanię! A po powrocie miałem ciekawą rozmowę z Bartem o Kościele i wierze i to uważam za cud numer cztery (był jeszcze cudzik piąty, gdy o mało nie wywaliłem się na lodzie, ale w ostatniej chwili złapałem balans).

Rozmawialiśmy o tym, co oznaczają kościelne zakazy i nakazy, i jeszcze raz przekonałem się jak ważne jest to, co nazwałem niedawno Przesunięciem [semtantycznym]. Jakże inaczej brzmi dla ucha dzisiejszego człowieka to:
"Kościół nakazuje dziś iść na Mszę pod karą grzechu ciężkiego"
i to:
"Kościół mówi, że jesteśmy rodziną Boga. On jest naszym Ojcem i Matką. Jeżeli nie idziemy w Jego święto na Mszę, to tak, jakbyśmy zlekceważyli zaproszenie na uroczystość naszych rodzonych rodziców - a to przecież nas od nich odrywa, osłabia więź". 
Jeżeli odrywamy się od Boga, osłabiamy z Nim więź, to ostatecznie zbliżamy się do Wielkiego Odrzucenia Boga, które po śmierci jest cierpieniem Piekła, światem samotności i najgłębszej depresji, którego nie sposób sobie wyobrazić... Stąd pojęcie grzechu ciężkiego.

Takie to cuda wydarzyły się w noc Magów.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

1/52

W ramach MejKultury biorę w tym roku udział w akcji "52 książki w 2015". Wprawdzie czytam w ciągu roku więcej książek, ale zobowiązałem się, że w tym roku do każdej z przeczytanych w ramach akcji, od 1/52 do 52/52 napiszę choć krótką recenzję. 

Pierwszą moją książką w 2015 jest zbiór poetycki "Z Tobą, więc ze Wszystkim". 222 arcydzieła angielskiej i amerykańskiej liryki religijnej w przekładzie zmarłego niedawno wielkiego polskiego poety i tłumacza, Stanisława Barańczaka (Wydawnictwo Znak, Kraków 1992). Książka trafiła do mojego zbioru, gdy mój dobry znajomy, ks. Paweł S. przenosił się z dawnego miejsca do nowego i rozdawał część swojego księgozbioru. Ciekawe, że książka przeleżała w zakamarkach jednej z szaf i odkryłem ją dopiero wtedy, gdy remontowałem biblioteczkę. W tym samym czasie zmarł Stanisław Barańczak. Książka jest wydana "biednie", jak to wiele książek w latach 90. Przydałaby się jej reedycja! Zbiór jest wybitny, a przekłady arcydzieł to arcydzieła same w sobie. Polski poeta przedstawia nam lirykę (czyli tę część poezji, gdzie ważne są przeżycia podmiotu lirycznego) od czasów średniowiecza do poetów współczesnych (pierwszy w zbiorze jest wiersz z XIII w., a kończy go znakomita liryka Seamusa Heaneya). Dwieście dwadzieścia dwa utwory, które są nie tylko ciekawym dokumentem tego, jak przez wieki ludzie, którzy posługiwali się na co dzień językiem angielskim przeżywali swoje spotkanie z Bogiem, ale też może być dziś dla nas powodem do refleksji i odpowiedzią na zadawane przez nas pytania (a może też i impulsem, żeby takie pytania sobie zacząć zadawać). 

Są tu hymny pochwalne, są metafizyczne poszukiwania, są utwory pisane w trwodze i rozpaczy. Każdy znajdzie tu siebie. A ja na zachętę przepiszę wiersz Roberta Southwella (1561-1595), jezuity, jednego z pierwszych męczenników katolickich w Anglii. Wiersz "Dziecię płonące" to wyjątkowo oryginalna refleksja bożonarodzeniowa (słowo prawdy w czas przesłodzonych kolęd o Dzidziusiu):
12
DZIECIĘ PŁONĄCE

Gdy stałem kiedyś w mroźną noc, dygocząc wśród zamieci,
Znienacka jakiś dziwny żar w mym sercu płomień nieci:
I kiedym podniósł trwożny wzrok, by ujrzeć, co się pali,
Dziecię płonące niby stos zjawiło mi się w dali.
Prażone przez straszliwy żar, z ócz słone lało zdroje,
Na próżno pragnąc morzem łez płomienie zgasić swoje.
"Zaledwiem przyszedł na ten świat", powiada, "w ogniu płonę,
Pierś ma niewinna - oto piec, opałem cierń jest goły,
Miłość to żar, westchnienia - dym, hańba i ból - popioły;
Podkłada Sprawiedliwość drew, a Litość w węgle dmucha;
Żeliwem pieca zaś jest fałsz i brud ludzkiego ducha;
Skoro więc zbawić ludzi mam, a żar mnie straszny spala,
Roztopię się i własną krwią grzech zmyję, co ich kala".
To rzekłszy, Dziecię znikło gdzieś; wyrwany z osłupienia,
Pojąłem nagle, że jest dzień Bożego Narodzenia.
O książce w Lubimy czytać

niedziela, 4 stycznia 2015

Najkrótsza droga do domu

Obejrzyjcie koniecznie! Film o książce C. S. Lewisa pt. Chrześcijaństwo po prostu. Film o książce, która umocniła moją wiarę i może umocnić wiarę Twoją! Dopiero teraz widzę, jak często mówię i argumentuję przed sobą i innymi Lewisem.

piątek, 2 stycznia 2015

Pięcioramienna Gwiazda Elendila

Wcześniej o gwieździe pięcioramiennej, o pentaklu pisałem tutaj.

Śledząc wzajemną pozycję Ziemi i Wenus (Eärendila/Jana Chrzciciela)
przez 8 lat otrzymujemy taki wzór! Gwiazda pięcioramienna.


Nie cofa się, kto się związał z gwiazdami

Leonardo Da Vinci

Jak na forum Elendilich napisała kiedyś nasza znajoma z Rosji, gwiazda w świecie Ardy jest symbolem estel 'nadziei', znakiem piękności nieprześcignionej i nieposzlakowanej. Akurat gwiazda, gdyż wszystko na ziemi może zostać popsute, ale nie gwiazdy, które są w rękach Vardy. Dla mieszkańców świata Tolkiena szczególne znaczenie miała jedna konkretna "gwiazda", czyli planeta, którą nazywamy Wenus (a w chrześcijańskim atlasie gwiazd Coelum Stellatum Christianum z 1627 niemieckiego uczonego Juliusa Schillera - planeta św. Jana Chrzciciela). W micie J.R.R. Tolkiena planeta ta to tak naprawdę wyniesiony na niebiosa bohater Eärendil z jednym z Silmarilów na czole. Silmaril zawiera w sobie czyste światło pierwotnego świata, dlatego jego blask był tak ważny dla mieszkańców Śródziemia - był znakiem nadziei i dlatego samo ciało niebieskie nazywa Gil-estel 'Gwiazdą Nadziei'.

To taki moment dla miłośnika literatury Tolkiena, że gdy spogląda na niebo na wschodzącą lub zachodzącą Wenus, może oczami wyobraźni przenieść się do Śródziemia i oglądać na niebie Gwiazdę Nadziei.

Najprawdopodobniej jest to ta sama gwiazda, którą w symbolice Śródziemia nazywa się Gwiazdą Elendila czyli Elendilmir - albo jeszcze inaczej gwiazdą heraldyczną Północnego Królestwa Arnoru (patrz angielski indeks do Władcy Pierścieni przetłumaczony przeze mnie dla wydania Władcy Pierścieni wydawnictwa Amber). Z Indeksu dowiadujemy się, że jest to diamentowa (czyli biała na czarnym polu?) gwiazda pięcioramienna.

Co ciekawe starożytni Pitagorejczycy widzieli w nim znaku pentagramu symbol doskonałości. Uważali go za perfekcyjną figurę i odnaleźli w niej tzw. złotą proporcję. O pięcioramiennych gwiazdach pisze się też, że są one symbolem dążenia w górę, znakiem świata duchowego i kształcenia się. Chrześcijanie traktują taką gwiazdę jako symbol Chrystusa, Alfy i Omegi czyli Początku i Końca. Dlatego odwrócony pentagram jest znakiem przeciwnika Chrystusa Jezusa i chętnie sięgają po niego sataniści...

A wracając jeszcze do Eärendila, oto jeden z pięknych fragmentów Władcy Pierścieni o świetle, które daje nadzieję w ciemnej dolinie, w cieniu śmierci: 
W ciemności ustawicznie rozlegały się jakieś szelesty, trzaski i szmery, lecz nie było słychać głosów ani kroków. W oddali na zachodzie nad Ephel Dúath nocne niebo wciąż szarzało blado. W tej stronie, wysoko nad sterczącym szczytem górskim, biała gwiazda wyjrzała właśnie spośród rozdartych chmur. Gdy ją tak ujrzał, zagubiony w przeklętym wrogim kraju, wzruszyło go jej piękno, a nadzieja wstąpiła znów w jego serce. Jak chłodny, jasny promień olśniła go bowiem nagle myśl, że bądź co bądź Cień jest czymś małym i przemijającym; istnieje światło i piękno, którego nigdy nie dosięgnie. Jeśli Sam śpiewał w Wieży Cirith Ungol, to pieśń jego raczej oznaczała wyzwanie niż nadzieję, ponieważ wtedy myślał o sobie. Teraz na chwilę przestał się troszczyć o własny los, a nawet o los ukochanego pana. Wczołgał się z powrotem pod zasłonę cierni i wolny od wszelkich strachów zasnął głębokim, spokojnym snem.
 (J.R.R. Tolkien, Powrót Króla, rozdz. "Kraina Cienia")